Czyli o tym, jak wielki konstruktor Trurl grzebał w zębach.

Jednego razu wielki konstruktor Trurl po śnie głębokim otarł oczy i spojrzawszy dokoła spostrzegł, że leży na stosie próżnych flaszek lejdejskich, tedy bystry jego umysł podszepnął mu, iż onegdaj świętował wespół z druhem – Klapaucjuszem – genialne odkrycie, jakiego był dokonał. Atoli mimo największych wysiłków Trurl nie mógł sobie przypomnieć, na czym mianowicie polegało owo świetne osiągnięcie. Wszakże wodząc po pracowni wzrokiem odkrył w kącie nieznaną machinę, której jako żywo przedtem tutaj nie było. Błyskotliwy Trurl odgadł natychmiast, iż ma ona jakiś związek z jego wynalazkiem, a może nawet jest nim sama, więc zbliżywszy się jął dociekać, do czego by ona służyć mogła.
Było to duże prostokątne pudło z czarnego, gładko na szwach zespawanego metalu. Pośrodku przedniej ściany widniała niewielka klapka, a z prawego boku sterczała jedyna wajcha. Trurl z zastanowieniem obszedł machinę dokoła, lecz oprócz małej szparki w drugiej bocznej ścianie nie znalazł żadnych więcej urządzeń na jej zewnętrznym pancerzu.
Rzekł tedy sobie z charakterystyczną dla siebie wspaniałą logiką:
– Skoro jest jedna jeno wajcha, trzeba ją tedy przełożyć!
Tak też uczynił, lecz natychmiast srodze tego pożałował. Gdy bowiem wajcha stanęła w drugim krańcowym położeniu, machina zgrzytnęła wściekle, rozwarła klapkę z przodu, z której błyskawicznie wyskoczył metalowy chwytak i zdusił wielkiego konstruktora za gardziel, podczas gdy spod uchylonej wierzchniej pokrywy wylazło przegubowe ramię i jęło kuć go potężnie w łeb niczym młotem. Nieszczęsny wynalazca mniemał już, że wybiła jego ostatnia godzina, wszelako rozpaczliwym wysiłkiem udało mu się przesunąć wajchę w poprzednie położenie i machina puściła go, poskrzypiała – jak się Trurlowi zdało – z okrutnym szyderstwem, po czym skryła w swym wnętrzu straszliwe ramiona.
– Tak by się śmiał Klapaucjusz, gdyby mię teraz widział! – rzekł do siebie Trurl i nagle palnął się w zbolały czerep, aż mu nadwerężone przez maszynę cewki w mózgu zabrzęczały – Auu! Mam! To ten łotr Klapaucjusz, jego to sprawka, że też nie wpadłem na to wcześniej!
Tu począł swego wiernego druha lżyć najgorszymi słowy, wśród których określenia w rodzaju „ten cybernetyczny nocnik”, „infrakretyn” czy „bydlę spolaryzowane” należały do najłagodniejszych. Wylawszy swą gorycz w słowach Trurl jął się właśnie obmyślania planów zemsty, gdy do pracowni zajrzał nie kto inny, jak Klapaucjusz we własnej osobie.
– Można? – zapytał, patrząc ze zdziwieniem na rozjaśnioną z nagła twarz przyjaciela, który zazwyczaj nie objawiał nadmiernej radości na jego widok. Nie przeczuwał, że Trurl myśląc o zemście, dziękował w duchu przypadkowi, który sprowadził tu domniemanego sprawcę jego guzów.
– Witaj, drogi przyjacielu! – zawołał tedy Trurl radośnie i ująwszy oszołomionego Klapaucjusza pod ramię prowadził go ku stojącej sobie spokojnie maszynie. Baczył przy tym pilnie, czy ów nie wyda się niechcący z jej autorstwem, ale Klapaucjusz ze szczerym zdziwieniem spoglądał na konstrukcję i rzekł:
– Czy to jest ów wielki wynalazek, któryśmy onegdaj opijali?
„Ha, łajdaku! – zawył w duchu sponiewierany Trurl – Nie wykręcisz się!”. Głośno zaś rzekł wymijająco:
– Przełóż tę wajchę, miły Klapaucjuszu, a zobaczysz, co się stanie!
Po czym odsunął się nieco przezornie i za plecami przyjaciela zatarł ręce w oczekiwaniu cięgów, jakie nań spadną. Roztropny Klapaucjusz nieufnie zmierzył wzrokiem cybernetycznego potwora i nagle przypomniał sobie o ważnym spotkaniu w Klubie Konstruktorów, ale nieubłagany Trurl nie zważał na jego wykręty, lecz wygrzebał z gratów zalegających kąt pracowni poręczną małą łamignatnicę i począł ją niby mimochodem odkurzać.
Klapaucjusz z udaną gorliwością zbliżył się do machiny, w duchu rozważając możliwość ucieczki oknem, Trurl wszakże jakby to przewidując zawarł okiennice i zawalił je stalowymi antabami, twierdząc, że czuje wielce szkodliwy przeciąg. Cóż było począć, zrezygnowany Klapaucjus spodziewając się najgorszego przełożył wajchę. Jednakże rozradowanego Trurla spotkał ciężki zawód – miast razami maszyna obdarzyła jego druha jedynie małą karteczką, która wypadła z bocznego otworu. Klapaucjusz, równie jak Trurl choć milej zdziwiony, podniósł karteczkę i odczytał, po czym z kwaśnym uśmiechem podał ją koledze:
– Czyż warto było po to budować maszynę?
Trurl drżącą ręką wziął kartkę – widniało na niej jedno słowo: „BYDLAKU!”. Besilnie padł na zydel i pogrążył się w ponurych rozmyślaniach. Na indagacje druha wyjaśnił mu swoje podejrzenia pod jego adresem i opowiedział o poprzednich działaniach tajemniczej machiny.
– Teraz wszakże rozumiem wszystko! – ciągnął dalej – Gdyś wyszedł po wczorajszej libacji, ja jąłem się pracy chcąc urzeczywistnić mój teoretyczny wynalazek i stworzyłem tę oto machinę. Niestety, gdym otrzeźwiał, zapomniałem nie tylko, jak ją uruchomić właściwie – bo niewłaściwego jej działania już zakosztowałem! – ale i w ogóle nie pomnę, do czego ona służy i na czym właściwie polega mój wynalazek. Oto rzecz cała. Ratuj, wierny druhu!
Klapaucjusz, który nabierał pewności siebie w miarę, jak Trurl ją tracił, zauważył wyniośle, że choć ze względu na niesłuszne posądzenie powinien się obrazić i wyjść, zostanie wszakże, by okazać swą wielkoduszność. Następnie zagłębił się w rozmyślaniach nad przeznaczeniem machiny, podczas gdy Trurl obchodził ją wokół, kopiąc w rozmaitych miejscach, na co reagowała wyrzucaniem kolejnych karteczek z brzydkimi wyrazami. Rozzuchwalony odważył się nawet ponownie przełożyć wajchę i natychmiast został oblany przez niezauważone dotąd maleńkie dziurki jakąś cuchnącą cieczą. Znieważony Trurl zaklął szpetnie i porwał za potężny cybermłot.
– Cóż chcesz zrobić?! – zakrzyknął Klapaucjusz.
– Zniszczę to świństwo! – odparł ponuro Trurl i wziąwszy wielki zamach począł straszliwymi ciosami łupić stalowe pudło. Pracował zaciekle dłuższą chwilę, aż otarł wreszcie pot z czoła i zasapany patrzył na swe dzieło w szczątkach. Przezorny Klapaucjusz przykucnął przy kupie złomu, która pozostała z machiny i grzebał w niej, wyszukując niezniszczone części mogące się jeszcze do czegoś przydać. Wtem zawołał głośno:
– Trurlu, spójrz no, co znalazłem! – i pokazał przyjacielowi małe srebrne puzderko dość misternie wykonane.
– Ha! Daj mi je! – wykrzyknął pechowy konstruktor – Może ono zawiera tajemnicę mego wynalazku!
Wszelako Klapaucjusz uparł się, że sam otworzy puzderko i Trurl po krótkim oporze ustąpił. Jego druh skłonił się nad puzderkiem i ostrożnie uchylił wieczka. Z wnętrza dał się słyszeć cieniutki głosik, który z przejęciem deklamował:

Jakże się raduje dusza,
Gdy widzę Klapaucjusza,
Jak maleńki się tu rusza.

Po chwili ze środka wylał miniaturowy Klapaucjusz, nie większy od żuka, lecz odrobiony jak żywy!
– Głupie dowcipy! – skrzywił się Klapaucjusz.
Trurl usprawiedliwiał się, że pewnie po tylu flaszkach miał ochotę na żarty, widać jednak było, iż rad jest spoglądając na druha w pomniejszeniu. Ujął go w dwa palce i począł doń przemawiać pieszczotliwie:
– No cio, mój maluś… – ale nagle urwał i ryknąwszy wściekle cisnął małego Klapaucjusza o ziemię, gdzie rozgniótł go obcasem.
– Jak możesz! – obruszył się Klapaucjusz właściwy – Wszak byłem to ja, choć w niezbyt udanej miniaturze.
– Ugryzł mnie ten mały łajdak! – odparł Trurl ssąc palec – Widać nadto dobrze skopiowałem twój charakter…
Obrażony Klapaucjusz począł się zbierać do wyjścia, widząc wszakże, że Trurl nie ma zamiaru go zatrzymywać, pozostał, bo ciekaw był rozwiązania zagadki. W puzderku znaleźli nadto mały karteluszek gęsto zapisany symbolami matematycznymi.
– Poznaj mój geniusz, Klapaucjuszu! – zawołał Trurl porwawszy strzępek papieru – Nie doceniałem sam siebie! Wczoraj, mimo że pijany, wykazałem potęgę swego intelektu. Pozornie bezsensowne działania maszyny były nadzwyczaj logiczne, z góry zaprogramowane. W obawie przed tym, co się stało istotnie, to jest zapomnieniem istoty wynalazku, a w razie zagubienia jego zapisu teoretycznego – zupełnego przepadku tego wielkiego z pewnością odkrycia (w tym miejscu Klapaucjusz chrząknął z powątpiewaniem), umieściłem zapis w puzderku, to zaś – w machinie. O, jakże byłem przezorny! Wiedząc, że i o tym mogę zapomnieć, tak zaprogramowałem machinę, by sprowokowała mnie do jej zniszczenia i odkrycia w ten sposób puzderka z właściwą zawartością. Ha, to genialne w swojej prostocie! – i Trurl popadł w zachwyt nad swym geniuszem.
Klapaucjusz ozwał się z krzywym uśmiechem:
– Czy nie sądzisz, że to zbyt zawiłe? Dla jakiegoś, być może błahego wynalazku…
– Milcz, niedowiarku! – przerwał mu Trurl oburzony – Zazdrość przez ciebie przemawia! Zaraz ci udowodnię wielkość mego dzieła.
Natychmiast też z karteluszkiem w dłoni począł tworzyć coś, co po dłuższym czasie okazało się wielgaśną maszyną cyfrową. Trurl biegał po pracowni jak szalony, przeciągał przewody, przewijał kilometry cewek, wyrzucał bezpieczniki przepalone i wstawiał nowe, harował ciężko aż do wieczora, a Klapaucjusz niewzruszenie siedział na zydlu zrezygnowawszy nawet z obiadu i wytrwale czekał na wynik pracy przyjaciela. Wreszcie usmolony Trurl wylazł spomiędzy zwojów we wnętrzu maszyny, która miała teraz dwa piętra z galeryjką i siedem wzmacniaczy.
– Gotowe! – rzucił druhowi i obaj podeszli do pulpitu sterowniczego. Trurl począł przekręcać rozmaite przełączniki, naciskać klawisze i guziki. Zapalały się i gasły liczne kolorowe światełka, a cała aparatura warczała, brzęczała i mruczała na przemian.
Zdezorientowany Klapaucjusz śledził mnogość niepojętych wskaźników, Trurl zaś uwijał się przy pulpicie, na koniec pokręcił umieszczoną z boku korbą, zaklął pod nosem, kopnął lekko maszynę i rozjaśnił się, gdy bzycząc zaczęła wypuszczać z siebie długą taśmę z szeregami dziurek. Trurl łapczywie schwycił taśmę i wgłębił się w kod cybernetyczny, a ciekawski Klapaucjusz zaglądał mu przez ramię. Informacja, którą odczytali, brzmiała: SZUKAJ W NIEBIESKIM WAZONIE! Trurl jęknął i chwyciwszy się za głowę błędnym wzrokiem spojrzał na przyjaciela, który zjadliwie zapytał:
– Nadal uważasz, że nie można było tego zrobić prościej?
Zgnębiony Trurl nic nie odpowiedział, powlókł się w kąt pracowni i wrócił z fajansowym wazonem. Po chwili wahania zagłębił w nim rękę i pogrzebawszy po dnie, wyciągnął jakiś mały przedmiocik. Klapaucjusz przyjrzał mu się mocno zdziwiony:
– Co to?
– Cybernetyczna wykałaczka… – wyrzekł zdławionym głosem wielki konstruktor. Klapaucjusz zaśmiał się okropnie, po czym jął tak straszliwie szydzić z nieszczęsnego wynalazcy, że ten nie wytrzymał i umknął na wysoką galeryjkę wciąż ponuro buczącej machiny. Zwycięski Klapaucjusz pozostał jeszcze chwilę na placu, po czym wreszcie odszedł dumnie gwiżdżąc triumfalnie marsz „Wesołych robotów z Windsoru”.
Gdy jednak nazajutrz zjawił się u Trurla, by dalej drwić sobie z niego, nie zastał przyjaciela, który zostawił dlań tylko pośpiesznie naskrobany liścik:

„Drogi Klapaucjuszu!

Miałeś rację co do zbytniego skomplikowania systemu, ale niewłaściwie oceniłeś wagę samego wynalazku! Otóż cybernetyczna wykałaczka, którą zresztą również ja wymyśliłem, była jedynie jeszcze jednym stopniem zabezpieczenia wynalazku, nie zaś nim samym. Wczoraj po kolacji, gdym jej na próbę użył, wydłubałem z zębów mikromaszynę cyfrową z zakodowanym odkryciem. Jego istota zaś jest tak wspaniała, że przeszła moje najśmielsze oczekiwania.
Otrzymałem już mnóstwo wielce korzystnych propozycji jego wykorzystania i wyjechałem właśnie do króla Torturyka, który zaoferował mi najlepszą cenę. Łatwo odnajdziesz planetę, na której on panuje – leci się Drogą Mleczną do drugiego przejścia dla pieszych, potem koło mleczarni w prawo, kurs dwa palce od czarnego karła, z poprawką na ogon komety Morrisa. Gdybyś zechciał mnie tam odwiedzić – mile Cię tam przywitam.

Twój genialny przyjaciel

Trurl

Klapaucjusz zmiął list bez słowa, pośpiesznie wrócił do domu i zabrał się do pracy, której owocem była cybernetyczna wykałaczka, zupełnie taka sama jak Trurlowa. Spojrzał na nią w zamyśleniu, mruknął:
– Kto wie… – i zasiadłszy przed kominkiem począł pilnie dłubać w zębach.

13.12.1971

Autor: JERZY ANDRZEJ LUBACH, pseudonimy literackie: „Andrzej Poraj”, „Geoffrey Monk”. Polski pisarz, scenarzysta, publicysta, reżyser i producent niezależny, Prezes KINIKON Film Studio, autor kilkudziesięciu filmów dokumentalnych o tematyce historycznej. Od okresu stanu wojennego do końca PRL współpracownik niezależnego ruchu wydawniczego; publikował pod pseudonimem „Andrzej Poraj”. Obecnie publikuje w: „Kurier Galicyjski”, „Teologia Polityczna”, „Gazeta Polska”, „Gazeta Polska Codziennie”, „Studia i Materiały Centralnej Biblioteki Wojskowej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”

ODZNACZENIA   

– Krzyż Kawalerski Orderu Świętego Stanisława (Polska)

– Medal Za Zasługi dla Obronności Kraju (Polska)

– Odznaka „Za Zasługi dla Niepodległości” (Polska)

– Order Honoru (Gruzja)

– Medal 10-lecia Sił Zbrojnych (Ukraina)       

NAGRODY       

1996 Nagroda za reżyserię MFF  „ZOLOTOY VITIAZ” Moskwa

(Rosja) za film dokumentalny „W poszukiwaniu Białego Anioła” (52 min.,1995) wspólnie z Tamarą Dułaridze.

2008 Nagroda Specjalna Batumi International Arthouse Film Festival

(Gruzja) za film dokumentalny „W rogatywce i tygrysiej skórze” (57 min., 2007)

2008 Grand Prix za reżyserię, Saint Andrew’s Cross International Film Festival (Gruzja) za film dokumentalny „Matka Boska Pustynna” (43 min. 1999)

2010 Grand Prix za reżyserię, Saint Andrew’s Cross International Film Festival (Gruzja) za film dokumentalny „Zstąpienie do nubijskiego piekła” (20 min. 2008).      

UTWORY LITERACKIE WŁASNE

„Człowiek lustro”   (cykl 21 opowiadań, proza poetycka) 1975, Warszawa, „Nowy Wyraz” nr 12

„Ślachta”   (mikropowieść, groteska quasi-historyczna)1985, Warszawa, Magazyn Literacki „KURS”;  wydane poza zasięgiem cenzury pod pseudonimem „Andrzej Poraj”

„Być albo zabić”  (powieść kryminalna), 1991, Łódź, Wydawnictwo Łódzkie;  pod pseudonimem „Geoffrey Monk”

„Młodość King Konga” (powieść historyczna), 2008; pod pseudonimem „Geoffrey Monk” 

„Pancernik Serce” (powieść romantyczno-sensacyjna); 2017

TŁUMACZENIA

(z literatury rosyjskojęzycznej, publikowane poza zasięgiem cenzury pod pseudonimem Andrzej Poraj”)

Maksym Gorki – „Myśli nie na czasie”    (antyleninowska publicystyka Gorkiego z lat 1917-1918) 1985, Warszawa, Wydawnictwo „WIS”

Nikołaj Bokow (anonimowo)  – „Smuta najnowszych czasów, czyli Niezwykłe przygody Wani Czmotanowa”   (satyra polityczna, powieść o człowieku, który ukradł głowę Lenina z Mauzoleum na Placu Czerwonym) 1988,  Warszawa, Wydawnictwo „ANTYK”

Abdurachman Awtorchanow – „Od Andropowa do Gorbaczowa”  (analiza polityki następców Stalina)1989, Warszawa, Wydawnictwo  „BAZA”

Władimir  Rybakow – „Afgańcy” (dwie mikropowieści o sowieckich żołnierzach, pierwsza rosyjska książka o prawdziwym obliczu interwencji w Afganistanie)  1990, Warszawa, Wydawnictwo „BAZA”.

(utwory azerbejdżańskie tłumaczone z języka rosyjskiego)                                   

„Korogłu” – anonimowy azerbejdżański epos narodowy z XVII wieku o szlachetnym rozbójniku-poecie, 2013, Warszawa

„Księga mego dziada Korkuta” – azerbejdżański ludowy epos heroiczny przekazywany ustnie, zapisany w XV wieku; 2014, Warszawa

Vilayat Guliyev – „Tatarzy Polscy w służbie Azerbejdżanu” – poruszająca opowieść o wkładzie polskich Tatarów w walkę o niepodległość Azerbejdżanu w czasach jego pierwszej niepodległości (1918-1920), zakończonej inwazją sowiecką; 2014, Warszawa.