Powstańcy? Tak, była czynną uczestniczką Powstania Warszawskiego. I jej narzeczony był powstańcem.
Zakochał sie w niej jeszcze w czasie okupacji. Jechała dorożką z koleżanką, on spojrzał i poraziła go strzała Amora. Powiedzial koledze, „ja się z tą dziewczyną ożenie”. Choć jeszcze nie wiedział nawet jak dziewczyna (przyszła żona) ma na imię.
W nią grom nie strzelił, ale kiedy się poznali, polubiła, potem zauroczyła się jego elegancją, wdziękiem, a nade wszystko jego zakochaniem w niej. Moja ukochana „ciocia” Halinka.
Piszę ciocia w „cudzysłowiu”, bo nie łączyły mnie z nią żadne więzy pokrewieństwa. Inne – tak. Silniejsze może od więzów pokrewieństwa.
Po wojnie ona uniknęła represji, on – nie. Dostał się do więzienia, do tej samej celi, w której siedział, tak samo torturowany, legendarny „Alek” z „Zośki”. „Ciocia’ dostała prace w Ministerstwie Rolnictwa, w departamencie mego taty. Pilna, obowiązkowa, sumienna, została jego sekretarką i prawą ręką.
Poza pracą cały czas poświęcała opiece nad matką narzeczonego, bo była niesprawna, chorowała na nieuleczalną chorobę, powodującą coraz większe kalectwo. Systematycznie starała się odwiedzać i wspomagać paczkami swego narzeczonego. Ale czas mijał, to dawne zauroczenie chłopakiem przygasało, pozostała lojalność, współczucie, chęć pomocy.
Natomiast zakochała się w moim tatcie. Żonatym i mającym córkę. „Ciocia” nigdy się z tą miłością nie manifestowała. Zawsze okazywała sympatię mojej mamie, a mnie bardzo kochała. Bardziej niż prawdziwe ciocie.
Pamiętam amnestię i pierwsze odwiedziny tego narzeczonego 'cioci” w naszym domu. Spodziewałam się młodego „wujka”, a zobaczylam siwego, wyniszczonego, bezzębnego starca, który trzęsącymi się rękoma trzymał łyżkę i widelec. Jadł tak łapczywie, że wydawało się, że wyliże talerz.
„Ciocia” zaopiekowała się Marianem bardzo troskliwie. Doprowadziła go do lepszego stanu fizycznego i psychicznego. Pobrali się. On pracował, ona pracowała, mieli mieszkanie, samochód i pieniądze wydawli na podróżowanie. Po Polsce i po „demoludach”, a jak się udało to także i dalej. Ale po kilkunastu latach ujawniła się u „wujka” ta sama choroba, która zniszczyła i doprowadziła do śmierci jego matkę. Stwardnienie rozsiane. Marian musiał korzystać z wózka inwalidzkiego i coraz większej pomocy w wykonywaniu codziennych czynności. „Ciocia” opiekował się nim z wielkim oddaniem. Bez narzekania. Z serdeczną czułością.
Kiedy zmarł, moi rodzice zaczynali się starzeć. Halinka, młodsza od mojej mamy, sprawniejsza zawsze pomagała w każdej sprawie, która dla nich stanowiła trudność. Towarzyzyła mi w moim dorastaniu i wczesnej dorosłości. Była „ciociólką”.
A w tych najtragiczniejszych chwilach, kiedy choroba przykuła do łóżka mego tate, przychodziła codziennie. Pozwalając mamie na kilka godzin odpoczynku. Przynosiła jedzenie, aby mama nie musiała gotować. Prała. Była kimś jak Anioł Stróż, niemal niewidzialne Dobro, jakie niosła swoim samym istnieniem. Tata zmarł.
Zgodnie z jego wola został skremowany. Ani ja, ani mama nie byłyśmy w stanie towarzyszyć mu podczas kremacji. Kiedy przyjechałam odebrać urnę, zobaczyłam „ciocie”, siedzącą na betonowych schodach krematorium, zmoczoną deszczem i łzami. Ona była w stanie towarzyszyć mojemu tacie w tej najokropniejszej chwili. Kochała mocniej? Prawdziwiej?
Przez następne siedem lat wdowieństwa mamy, przyjeżdżała co kilka dni. Jadły obiad, szły na spacer nad jeziorkiem Czerniakowskim. Wspominały. Ja dostawałam od niej mnóstwo cudownie pysznych przetworów. Robionych z myślą o mnie. Może dlatego były tak pyszne, bo oprócz owoców i cukru była w nich także jej milość?
Nie przyznała się do swojej śmiertelnej choroby. Gasła, ale nie zaniechała opieki nad mamą i nade mną. Zmarła cichutko. Przy jej łóżku stało zdjęcie mojego Taty. I moje.
Na pogrzebie pojawiły się jej powstańcze towarzyszki. Opowiedziały nad grobem jak wiele dobra niosła w czasie Sierpnia. Jak zawsze była na posterunku. Jak była niezmordowana. Dzielna. Ofiarna.
W przeddzień Powstania Warszawskiego wspominam własnie Ją. „Ciocie” Halinke Klankównę. Dobrego ducha mojej rodziny. Uosobienie pięknej, czystej, prawdziwej miłości.
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.
Zostaw komentarz