(Teraz w sumie też nie jestem, ale udaję).

Gdy byłem w szkole podstawowej, marzyłem o podróżach. Kupowałem sobie początkowo radzieckie wielkie atlasy geograficzne, a po 1989 roku już te nieradzieckie. Na jeden taki, amerykański wydałem wszystkie swoje oszczędności z całego roku. Kieszonkowe plus to co udało się zarobić na sprzedaży butelek.

Świat od zawsze mnie pasjonował. Intrygowały mnie granice, ich przekraczanie i wchodzenie w inne światy. Te radzieckie atlasy różniły się od tych zachodnich tym, że poza cyrylicą opisywane były rekordami przemysłowymi, potencjałem energetycznym i żywnościowym. Zachodnie więcej uwagi poświęcały florze, faunie i klimatowi.

Mój pierwszy samodzielny zagraniczny wyjazd, dalej niż do Czechosłowacji, dokonał się w 1995 lub 1996 roku. Byłem wówczas na II lub III roku studiów w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Wespół z dwoma kolegami podjęliśmy decyzje wyprawy do Morza Czarnego. Na tę okazję zxakupiłem sobie taki siermiężny i niewygodny quasiwojskowy plecak, który ważył więcej niż jego zawartość, oszczędności wymieniłem na ok. 150 dolarów, zakupiłem z dziesięć paprykarzy szczecińskich. No i w drogę.

Z Czeskiego Cieszyna pojechaliśmy do Koszyc, potem przebiliśmy się jakimś lokalnym PKS-em na granicę z Węgrami. Z buta przeszliśmy do Tornyosnémeti po madziarskiej uż stronie. Węgry przejechaliśmy usyfionym po sufit pociągiem do nadgranicznej miejscowości Biharkeresztes. A stamtąd znów z buta na granicę z Rumunią. Z paszportami z orłem, który dopiero co odzyskał koronę. Mój był uwalony dziesiątkami idiotycznych stempli czeskiej kontroli granicznej, która wbijała mi je do książeczki nawet wtedy gdy szedłem na drugą stronę granicy sie tylko wysikać w takiej zabawnej toalecie, gdzie za sranie płaciło się 2 koronu i dostawało sie pół metra papieru, a za sikanie tylko 50 halerzy. Koledzy mieli bardziej dziewicze paszporty. Z Warszawy albowiem pochodzili.

W internecie, który nie był wówczas tak dostępny jak obecnie, sprawdziłem rozkład jazdy pociągów z Oradei w kierunku Konstancy. Wszystko to sobie wydrukowałem. Do Oradei podrzucił nas taki wąsaty Węgier wiozący na pace chyba pół tony papryki i jakieś ćwierć tony arbuzów.

Popatrzyłem na zegarek gdy dojeżdżaliśmy do dworca. Bingo! Mieliśmy aż 40 minut na zakup biletów i zalogowanie się do pociągu. Zapomniałem jednak o zmianie strefy czxasowej i o tym, że w Rumunii wszystko dzieje się o godzinę wcześniej niż w Polsce, Czechach czy Wegrzech. To był ostatni pociąg tego dnia. Nastepny startował o 9:00 następnego dnia. W rozkładzie pojawił się jednak pociąg startujący o 3 nad ranem. Skusiliśmy się na niego choć nawet sama kobieta w kasie dawała nam do zrozumienia, że to nie jest dobry pomysł. W efekcie wylądowaliśmy w legendarnej „Strzale Karpat”, która zamiast 12-13 godzin jechać nad morze, jechała ponad 26 godzin z przesiadką w Gałaczu. I był to najbardziej wysłużony skład kolei rumuńskich, z powodzeniem konkurujący o palme pierwszeństwa dziadostwa z najtańszymi pociągami w Indiach (4 klasy).

I wszystko to na trzeźwo Xd :) Nie t co teraz.

W Galaczu w środku nocy, gdzie mieliśmy przesiadkę na pociąg do Konstancy nauczyłem się jak jest po rumuńsku chleb. Dworzec i jego okolice sprawiały wrażenie jakby mieszkańcom nie pozostawało nic innego poza oddaniem się zbiorowemu szaleństwu. Wtedy po raz pierwszy widziałem jak kilkuletnie dzieciaki wąchały klej z reklamówek, odurzając się tym na jakiś czas.

Potem skorumpowaliśmy kierownika pociągu kwotą 7 dolarów, aby pozwolił nam sie wyspać w sypialnym do Konstancy.

Konstanca to było moje pierwsze zetknięcie się z Morzem Czarnym. Całkowicie mnie ono wówczas rozczarowało. Usiedliśmy sobie na brudnej plaży, wokół walało się mnóstwo śmieci, krążyły wokół nas bezpańskie psy, a młodzi Cyganie zastanawiali się czy warto z nami nawiązać jakiś bezpośredni kontakt.

To był pierwszy i jedyny taki moment w moich peregrynacjach po Wschodzie i Bałkanach, że byłem gotów do natychmiastowego odwrotu.