Oskar Minge. Codziennie.
Dawniej, żeby zgromadzić ludzi pod państwową instytucją, trzeba było wykonać sporo telefonów, wydrukować ulotki, znaleźć organizatorów i przekonać kogoś, żeby przekazał wiadomość dalej. Dzisiaj wystarczy telefon, krótki film i zdanie, po którym trudno spokojnie dokończyć kolację. „Odbierają nam państwo”. „Łamią konstytucję”. „Musicie tu być”. Zanim większość odbiorców zdąży sprawdzić, co właściwie się wydarzyło, część już zakłada kurtki, inni udostępniają transmisję, a kolejni ogłaszają, kto jest patriotą, a kto zdrajcą. Internet potrafi pomóc obywatelom zareagować na prawdziwe zagrożenie. Potrafi też nadać niepełnej informacji tempo, którego sprostowanie nigdy nie dogoni. I właśnie dlatego, patrząc na wydarzenia wokół Trybunału Konstytucyjnego, zastanawiam się nie tylko nad tym, kto ma rację. Zastanawiam się, czy jeszcze próbujemy ją ustalić, zanim wybierzemy stronę.
30 i 31 października spór o kierowanie Trybunałem przeniósł się również przed jego siedzibę. Pojawili się protestujący, policja i prezydent Karol Nawrocki. Rząd przedstawia swoje działania jako przywracanie praworządności, a prezydent i dotychczasowe kierownictwo Trybunału kwestionują ich legalność. Policja w swoim komunikacie podkreślała, że zabezpiecza teren zewnętrzny i nie prowadzi działań wewnątrz budynku. Te stanowiska trzeba odróżniać od ustalonych faktów, podobnie jak polityczne hasła od rozstrzygnięć prawnych. Samo wypowiedzenie słowa „konstytucja” nie dowodzi jeszcze, że ktoś jej przestrzega. Dotyczy to każdego obozu. Bezstronność nie polega jednak na wygodnym ogłoszeniu, że wszyscy są jednakowo winni. Polega na stosowaniu wobec wszystkich tych samych kryteriów i dopuszczeniu możliwości, że fakty okażą się niewygodne również dla naszych ulubieńców.
Media społecznościowe zmieniły przede wszystkim koszt i szybkość organizowania się. Łatwiej wskazać miejsce, podać godzinę, zorganizować transport, pokazać sytuację osobom z innych miast. Łatwiej też zobaczyć, że nie jest się samemu. To ma ogromne znaczenie: człowiek, który myśli, że jako jedyny się sprzeciwia, może zostać w domu. Kiedy widzi znajomych deklarujących udział, decyzja staje się prostsza. Badanie Rubena Enikolopova, Alexeya Makarina i Marii Petrovej dotyczące protestów w Rosji wskazywało właśnie na znaczenie ułatwionej koordynacji. Nie jest to dowód na przyczyny dzisiejszej frekwencji w Warszawie. Pokazuje jednak mechanizm, który warto rozumieć: sieć pomaga zamienić rozproszone niezadowolenie we wspólne działanie. Nie mamy podstaw, żeby bez danych policzyć, o ile powiększyła obecne protesty pod Trybunałem. Wiemy natomiast, że liczba wyświetleń transmisji nie jest liczbą demonstrantów, a liczba demonstrantów nie jest wynikiem referendum.
Czy to jest dobre dla demokracji? Możliwość szybkiego, pokojowego zgromadzenia się uważam za ogromną wartość. Także wtedy, gdy protestują ludzie, z którymi się nie zgadzam. Obywatel nie powinien potrzebować zgody wielkiej telewizji ani partyjnego sekretariatu, żeby jego głos został zauważony. Telefon pozwala dokumentować zachowanie funkcjonariuszy, polityków i samych uczestników demonstracji. Nagranie może ujawnić nadużycie, którego inaczej nikt by nie zobaczył. Ale może też pokazać kilkanaście sekund wyrwanych z dłuższego zdarzenia. Dlatego warto pytać, kto nagrywał, kiedy, co wydarzyło się wcześniej i czy mamy inne ujęcia. To nie jest podważanie prawa do protestu. To zwykły szacunek do prawdy, która nie zawsze mieści się w podpisie dodanym przez autora filmu.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy z własnego ekranu robimy mapę całego społeczeństwa. Jeśli przez godzinę oglądam wyłącznie ludzi oburzonych tym samym co ja, łatwo uwierzyć, że „cała Polska już wie”. Tymczasem widzę fragment rzeczywistości, dobrany przez moje kontakty, wcześniejsze wybory i sposób działania platformy. Ktoś po drugiej stronie ogląda zupełnie inną Polskę i jest równie pewny, że reprezentuje wszystkich. Do tego dochodzi pokusa, żeby każde zdarzenie opowiedzieć możliwie dramatycznie. Wyjaśnienie sporu wymaga czasu. Oskarżenie można zmieścić na czerwonym pasku. Nie twierdzę, że każdy protest jest sterowany, a każdy uczestnik zmanipulowany. Takie myślenie byłoby pogardą wobec ludzi. Twierdzę, że szczere emocje uczestników i polityczne wykorzystywanie tych emocji mogą występować jednocześnie.
Piszę to jako człowiek, który zawodowo pracuje z technologią, komunikacją i AI. Wiem, jak bardzo forma wpływa na odbiór treści. Ta sama wypowiedź z innym kadrem, podpisem i muzyką może wywołać zupełnie inne odczucia. Nie trzeba nawet fałszować nagrania. Czasem wystarczy odpowiednio je przyciąć. Dlatego niepokoi mnie demokracja, w której obywatel ma natychmiast reagować, ale coraz rzadziej dostaje warunki do spokojnego zrozumienia sprawy. Przecież można bronić prawa do demonstracji i równocześnie wymagać od jej organizatorów rzetelności. Można popierać naprawę instytucji i pytać o podstawy konkretnych działań. Można krytykować rząd, nie podpisując się pod każdym hasłem opozycji. Chciałbym, żeby takie postawy były traktowane jako samodzielność myślenia, a nie dowód niedostatecznej lojalności.
Dla mnie dobra demokracja zaczyna się tam, gdzie zasady obowiązują również wtedy, gdy przeszkadzają mojej stronie. Gdzie pokojowy protest jest chroniony niezależnie od koloru transparentów, a przemoc oceniana według zachowania, nie sympatii politycznych. Gdzie duże zgromadzenie jest ważnym głosem społecznym, lecz nie zastępuje prawa, wyborów ani praw tych, którzy zostali w domu. I gdzie władza potrafi odpowiedzieć na zarzuty czymś więcej niż komunikatem, że jej przeciwnicy mają złe intencje. Tłum może trafnie rozpoznać niesprawiedliwość. Może również się mylić. Instytucje mają słuchać obywateli, ale powinny umieć działać także wtedy, kiedy internet domaga się natychmiastowego wyroku.
Nie chciałbym Polski, w której ludzie boją się wyjść na ulicę. Nie chciałbym też Polski, w której o prawie rozstrzyga najlepiej nagłośniona ulica. Media społecznościowe dały nam niezwykłą zdolność gromadzenia się. Obyśmy nauczyli się równie sprawnie słuchać, sprawdzać i wracać do rozmowy, kiedy transmisja już się skończy. Bo prawdziwy sprawdzian demokracji przychodzi również następnego dnia, kiedy trzeba przeczytać dokumenty, wyjaśnić decyzje i odpowiedzieć za własne działania. Zasięg pomaga zebrać ludzi. Nie daje nikomu monopolu na rację.
minge.studio. Przyciągaj uwagę, ale zasługuj na zaufanie. Jeśli tak chcesz budować komunikację swojej marki, porozmawiajmy.
Zostaw komentarz