Dlaczego?
Przez lata słyszeliśmy, że demokracja to święto obywatela. Że trzeba uczestniczyć, angażować się, chodzić na wybory, brać odpowiedzialność za swoje miasto i państwo. Ale najwyraźniej istnieje pewien wyjątek od tej pięknej opowieści. Wyjątek pojawia się wtedy, gdy obywatele mogą zagłosować w sposób niewygodny dla polityczno-medialnego układu. Wtedy nagle demokracja przestaje być modna, a obywatelska aktywność zaczyna przeszkadzać.
I właśnie taki nerwowy spektakl oglądamy dziś przed referendum w Krakowie, które odbędzie się już w najbliższą niedzielę.
Do akcji zniechęcania mieszkańców do udziału w referendum zostaly uruchomione całe internetowe machiny politycznego dziadostwa. Od dobrze znanego Soku z Buraka po rozmaite polityczne fanpage’e i samozwańcze „obywatelskie” profile, które bardziej przypominają cyfrowe megafony Koalicji Obywatelskiej niż spontaniczne inicjatywy zwykłych ludzi. Ten sam mechanizm, te same emocje, ta sama toporna propaganda oparta na strachu i pogardzie wobec każdego, kto myśli inaczej.
I właśnie tutaj pojawia się największy problem dla autorów tej kampanii. Ludzie zaczynają mieć tego serdecznie dość.
Bo ile razy można słuchać tej samej śpiewki? Że trzeba bać się Brauna, PiS-u, „faszystów”, „ciemnogrodu”, „zagrożenia dla demokracji”. Że obywatel powinien siedzieć cicho i ufać mądrzejszym od siebie ekspertom, celebrytom i medialnym autorytetom. Ta narracja jest dziś tak zużyta, że zaczyna działać dokładnie odwrotnie. Nie mobilizuje. Nie przekonuje. Budzi irytację.
Najbardziej komiczny jest jednak widok ludzi z telewizji, internetu i lokalnych elit, którzy niemal błagają mieszkańców, żeby przypadkiem nie poszli głosować. To już nawet nie jest subtelna perswazja. To polityczna panika. Bo kiedy władza i sprzyjające jej środowiska zaczynają bać się samego aktu głosowania, oznacza to jedno: przestają wierzyć, że mają za sobą społeczne poparcie.
I może właśnie dlatego ta cała operacja rozsypuje się na naszych oczach. Im mocniej próbują zniechęcać, tym więcej ludzi chce pójść na referendum. Im bardziej moralizują, tym większy rodzi się bunt. Krakowianie widzą, że nie chodzi już tylko o konkretne pytania referendalne. Chodzi o coś większego. O pokazanie obywatelowi jego miejsca. Masz słuchać. Masz nie zadawać pytań. Masz głosować tylko wtedy, gdy wynik będzie odpowiedni.
Historia jednak wielokrotnie pokazywała, że Polacy fatalnie reagują na polityczną pychę. Zwłaszcza wtedy, gdy elity zaczynają mówić obywatelom, kiedy wolno im korzystać z demokracji, a kiedy lepiej zostać w domu.
Dlatego najbliższa niedziela może okazać się czymś więcej niż lokalnym referendum. Może stać się symbolicznym policzkiem wymierzonym całemu temu nadętemu światowi propagandy.
W środę 20 maja 2026 roku w Warszawie Polska pokazała siłę. Czy w Krakowie będzie podobnie?
Zostaw komentarz