Afera gruntowa wokół CPK odsłania rzecz dość przykrą, choć w sumie przewidywalną. Oto zderzamy dwa obrazy polskiej polityki: mit o geniuszu strategicznym z jednej strony oraz zręczną destrukcję komunikacyjną z drugiej.
Jarosław Kaczyński, wieloletni demiurg prawej strony, okazał się architektem konstrukcji, która w kilku miejscach wygląda na budowaną z kartonu. Jeśli to miała być partia elit państwowych, to trudno nie odczuć zgrzytu, oglądając ministra, który pytany przez youtubera o wybór między 10 tysiącami złotych a jednym Bitcoinem wybiera… złotówki, nie znając wartości kryptowaluty. Z pozoru drobiazg, a jednak symboliczny. Inwestycje w przyszłość bywają trudne, kiedy człowiek nie wie, czym ta przyszłość się w ogóle zajmuje.
Z drugiej strony mamy Donalda Tuska. On z kolei działa subtelniej – metodą tysiąca kropel. To nie jest frontalny atak na projekt, ale powolne podkopywanie wiary, że CPK to coś więcej niż kosztowna zachcianka. W tym celu pojawia się też zabieg retoryczny: reinterpretacja skrótu CPK jako „cały PiS kradnie”. Zgrabna, choć mało finezyjna operacja lingwistyczna. Nie chodzi o argument, lecz o atmosferę: jeśli przedsięwzięcie zadymi się podejrzeniami, łatwiej będzie je odłożyć na półkę z napisem „projekty zbędne”.
W rezultacie obserwujemy starcie państwowego patosu z politycznym pragmatyzmem, przy czym oba oblicza pozostawiają uczucie niedosytu. Jedni nie udźwignęli własnej legendy, drudzy z kolei zdają się działać tak, jakby polskość była pewną ciekawą tradycją – ale niekoniecznie kierunkiem przyszłości Kryzys.
Zostaw komentarz