Piszę na gorąco i być może z błędami, ale mam swoją wielką BOHATERKĘ. Mimo porażki w finale French Open, Maja Chwalińska jest moją bohaterką. I nie zmieni tego jeden przegrany finał. Nie zmieni tego jeden wynik, jeden słabszy dzień czy jedna tablica wyników, którą za kilka lat mało kto będzie pamiętał.

To był jej DZIESIĄTY mecz w tym turnieju. Dziesiąty!!! Dziesięć spotkań rozegranych pod gigantyczną presją, przy narastającym zmęczeniu fizycznym i psychicznym. Kto kiedykolwiek uprawiał sport, ten wie, że organizm ma swoje granice. A do tego dochodzi pierwszy finał tej rangi. Wielki Szlem!!! świadomość stawki i myśl, że jeden z najważniejszych pucharów w świecie tenisa jest już niemal w zasięgu ręki.

W takich momentach nie gra się już tylko rakietą. Gra się głową, emocjami i często z własnymi myślami. Pojawia się to, co nazywam blokadą wielkiego wyzwania. Nagle ręka nie jest tak luźna jak wcześniej a nogi nie niosą tak samo. Decyzje podejmowane są o ułamek sekundy za późno. To nie jest kwestia braku umiejętności. To jest ciężar chwili, który potrafi przygnieść nawet największych mistrzów.
Ale właśnie dlatego jestem pełen podziwu dla Mai, Majuni jak ją nazywam! Dała mi tyle emocji, co walki Andrzeja Gołoty, brąz piłkarzy w Hiszpanii w 1982 roku, zwycięstwa w finałach Igi Świątek i pierwsze złoto naszych siatkarzy.
Bo jeśli ktoś patrzy wyłącznie na wynik finału, to nie rozumie nawet połowy tej historii.

Maja nie znalazła się tutaj przypadkiem. Niczego dostała nic za darmo. Mało tego, nie przyjechała do Paryża prostą drogą usłaną sukcesami. Za nią są lata walki, których większość ludzi nawet nie widzi. Kontuzje, które zatrzymywały karierę, liczne problemy zdrowotne, które odbierały możliwość normalnego trenowania a najwięcej tysiące chwil zwątpienia i momenty, kiedy zamiast myśleć o kolejnych zwycięstwach, trzeba było walczyć po prostu o powrót na kort.

A do tego dochodzi coś, o czym w sporcie przez lata mówiło się za mało – zdrowie psychiczne. Maja otwarcie mówiła o swoich problemach, o depresji, o ciemnych momentach, które potrafią odebrać człowiekowi energię, wiarę i sens dalszej walki. Sam to znam bardzo dobrze. I właśnie dlatego jej historia jest tak wyjątkowa, bowiem nie piszę teraz wyłącznie o tenisistce, która doszła do finału wielkiego turnieju. Mówię o mądrej i pięknej młodej kobiecie, która wielokrotnie musiała podnosić się z miejsc, z których wielu już nie wraca i upada na wieki!

Łatwo jest kibicować komuś, kto wygrywa wszystko i od początku ma wiatr w żaglach. Znacznie trudniej docenić ludzi, którzy po każdym ciosie potrafią wstać i spróbować jeszcze raz.
Maja Chwalińska robiła to wielokrotnie.
Dlatego kiedy czytam komentarze internetowych „ekspertów”, którzy po jednym meczu wydają wyroki, to naprawdę zastanawiam się, czy oni rozumieją, na co patrzą. Mam więc apel do wszystkich niedzielnych kibiców. Zanim napiszecie coś przykrego, obraźliwego albo zwyczajnie głupiego pod adresem Mai, pomyślcie przez chwilę. Pomyślcie, ile kosztowała ją droga do tego finału. Pomyślcie, ile razy musiała walczyć nie tylko z rywalkami, ale również z własnym organizmem, bólem, rozczarowaniem i demonami w głowie.
Łatwe jest krytykowanie człowieka siedząc wygodnie przed ekranem jest banalnie łatwe. Dużo trudniej jest wyjść na kort po kolejnej kontuzji a jeszcze trudniej powrócić do rywalizacji po problemach zdrowotnych.Znacznie trudniej jest walczyć z depresją i jednocześnie funkcjonować w świecie zawodowego sportu. A jeszcze trudniej jest unieść presję wielkiego finału.

A Maja zrobiła to wszystko.
Dla mnie wielkość sportowca nie polega wyłącznie na liczbie pucharów. Wielkość poznaje się po tym, ile razy człowiek podnosi się po upadku. Po tym, jak reaguje na przeciwności. Po sile charakteru, której nie pokazują statystyki. I właśnie dlatego Maja Chwalińska jest już dziś wielka. Jest moją BOHATERKĄ!

Dlatego, że przeszła przez rzeczy, które złamałyby wielu ludzi, a mimo to nadal walczy, nadal wierzy i nadal potrafi dochodzić do największych meczów w swoim życiu. Historia nie będzie pamiętać złośliwych komentarzy z internetu. Ta historia zapamięta dziewczynę, która pokonała przeciwności losu, wróciła po trudnych doświadczeniach i stanęła w finale French Open.
Szacunek, Maju!!!

Dla mnie jesteś zwyciężczynią, bowiem prawdziwe zwycięstwo odniosłaś już dużo wcześniej – wtedy, gdy nie poddałaś się mimo wszystkiego, co stanęło na Twojej drodze. Dziękuję Ci za emocje, burze endorfin i ten francuski sen.