Jeszcze niedawno jedni stali przed Trybunałem Konstytucyjnym, protestowali i alarmowali, że państwo przekracza kolejne granice. Inni deklarowali przywiązanie do zasad i polityczną niezależność. A dziś? Sławomir Mentzen siada do stołu z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Michał Wójcik nie wytrzymał i uderzył bez znieczulenia: „Jest Pan obrzydliwym hipokrytą!”. Czy tak wygląda nowa twarz prawicowej polityki? Czy wyborcy mieli być tylko potrzebni do zdobycia mandatów? W polityce można negocjować, ale są granice, których przekroczenie kosztuje wiarygodność. A kiedy państwo przeżywa jeden z najpoważniejszych kryzysów instytucjonalnych, polityczne uściski dłoni mają swoją cenę.

Polityczny stolik, przy którym znikają zasady

Są takie momenty w polityce, kiedy jedno zdjęcie mówi więcej niż sto konferencji prasowych. Jedno spotkanie potrafi obnażyć więcej niż miesiące deklaracji o niezależności, patriotyzmie i obronie państwa prawa.

Właśnie dlatego wpis posła Michała Wójcika dotyczący Sławomira Mentzena wybrzmiał tak mocno.

Wójcik nie bawił się w dyplomatyczne półsłówka. Nie próbował pudrować politycznej rzeczywistości. Zadał pytanie, które powinno dziś wybrzmieć wśród wyborców Konfederacji: co właściwie oznaczają wszystkie głośne deklaracje o obronie zasad, jeżeli przychodzi moment próby, a polityczne interesy okazują się ważniejsze?

„Panie Mentzen – zaczynam rozumieć już Pańską narrację” – napisał poseł.

I trudno nie dostrzec, że jest to początek bardzo poważnego politycznego rozliczenia.

Najpierw kpiny, później wspólny stół?

Michał Wójcik przypomniał wcześniejsze wypowiedzi Mentzena dotyczące protestów przed Trybunałem Konstytucyjnym.

Chodziło o określenia dotyczące „cyrku, jarmarku i kabaretu”, odnoszone do koncertu organizowanego przed instytucją, wokół której trwa polityczny konflikt.

Dla jednych był to happening. Dla innych forma protestu i manifestowania sprzeciwu wobec działań obecnej władzy.

Wójcik postawił sprawę znacznie ostrzej. Zestawił wcześniejsze lekceważące komentarze Mentzena z jego późniejszym politycznym spotkaniem z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem.

I właśnie tutaj pojawia się zasadniczy problem.

Nie chodzi przecież o to, że politycy różnych ugrupowań nie mogą ze sobą rozmawiać. Rozmowa jest elementem demokracji. Problem zaczyna się wtedy, gdy polityczna kalkulacja zaczyna przesłaniać zasady, na których budowano zaufanie wyborców.

Bo jeżeli ktoś przez miesiące opowiada o konieczności rozliczenia władzy, a następnie wykonuje gesty, które jego dotychczasowi wyborcy odbierają jako polityczną normalizację działań tej samej władzy, powinien liczyć się z pytaniami.

I nie może zasłaniać się tym, że to tylko polityka.

Trybunał pod presją. A gdzie są obrońcy zasad?

Wpis Wójcika nie pojawił się w politycznej próżni.

Od miesięcy trwa poważny konflikt dotyczący Trybunału Konstytucyjnego, jego funkcjonowania, statusu sędziów i działań organów państwa. Krytycy obecnej władzy mówią o brutalnym przełamywaniu barier, podważaniu instytucjonalnego porządku i niebezpiecznym precedensie.

Wójcik napisał:

„Brutalnie przełamała bariery, ulokowała tam nielegalnych sędziów i od 3 lat prowadzi zamach na najważniejsze instytucje w państwie”.

To bardzo ciężkie oskarżenia polityczne. Ale właśnie wokół nich rozgrywa się dzisiejszy spór o granice władzy, konstytucję i niezależność instytucji.

W tej sytuacji pytanie do Mentzena jest wyjątkowo niewygodne: czy obrona zasad jest dla niego rzeczywistym zobowiązaniem, czy tylko politycznym hasłem używanym wtedy, kiedy przynosi wyborcze korzyści?

Bo nie można jednocześnie budować politycznej popularności na gniewie wyborców wobec rządzących i udawać, że późniejsze polityczne gesty nie mają żadnego znaczenia.

Kosiniak-Kamysz też nie jest przypadkowym rozmówcą

W tym sporze nie można pominąć Władysława Kosiniaka-Kamysza.

To nie jest polityk stojący z boku. Jest wicepremierem i szefem MON w rządzie Donalda Tuska. Jest jednym z najważniejszych przedstawicieli obozu sprawującego władzę.

Dlatego spotkanie z nim ma polityczny wymiar, którego nie da się sprowadzić do niewinnej fotografii przy stoliku.

Oczywiście rozmowy polityczne są potrzebne. Ale polityczna odpowiedzialność nie kończy się na wymianie uprzejmości. Jeżeli ktoś deklaruje, że sprzeciwia się działaniom rządu w sprawach ustrojowych, powinien jasno wyjaśnić, jakie stanowisko zajmuje wobec jego najważniejszych przedstawicieli.

Czy chodzi o współpracę? Czy o zwykłą rozmowę? Czy o próbę budowania politycznego porozumienia?

Wyborcy mają prawo wiedzieć.

A Kosiniak-Kamysz nie powinien mylić politycznej otwartości z przyzwoleniem na bezwarunkowe rozgrzeszenie działań własnego obozu.

„Napluł Pan w twarz tym ludziom”

Najmocniejszy fragment wpisu Michała Wójcika dotyczy ludzi protestujących przed Trybunałem.

„Napluł Pan w twarz tym ludziom, którzy protestują od wielu dni przed tą instytucją” – napisał poseł, zwracając się do Mentzena.

To zdanie jest brutalne, ale jego sens jest czytelny.

Ludzie, którzy przychodzą na protesty, nie zawsze mają za sobą partyjne struktury, politycznych doradców i sztaby specjalistów od komunikacji. Często przychodzą dlatego, że naprawdę wierzą w to, co głoszą.

Nie mają politycznych kalkulacji. Nie liczą stanowisk. Nie negocjują miejsc przy stole.

Mogą się mylić w ocenie konkretnych wydarzeń, mogą mieć różne poglądy, ale nie wolno traktować ich zaangażowania jak dekoracji do politycznego spektaklu.

Jeżeli polityk korzysta z ich gniewu i rozczarowania, a później wykonuje gesty odbierane jako sprzeczne z tymi deklaracjami, musi zmierzyć się z konsekwencjami.

Nie wystarczy powiedzieć, że każdy ma prawo rozmawiać z każdym.

Tak. Ma. Ale wyborcy również mają prawo oceniać, z kim rozmawia i w jakich okolicznościach.

Ktoś śpiewa i się nie boi!

Wójcik przypomniał również własny koncert przed Trybunałem i przeciwstawił go politycznym deklaracjom Mentzena.

Napisał:

„Wolę tysiąc razy śpiewać koncerty dla ludzi, niż udawać wielkiego patriotę i legalizować działania tej władzy”.

I właśnie tutaj pojawia się symboliczny wymiar całej historii.

Bo czasami piosenka na ulicy znaczy więcej niż najdłuższe przemówienie z sejmowej mównicy. Czasami obecność kilku odważnych ludzi znaczy więcej niż setki politycznych deklaracji.

Ktoś śpiewa. Ktoś protestuje. Ktoś przychodzi przed instytucję, której niezależność uważa za zagrożoną.

I nie boi się.

Nie boi się szyderstw, politycznych etykietek ani tego, że ktoś nazwie jego zaangażowanie jarmarkiem.

Bo patriotyzm nie polega na wygodnym zajmowaniu miejsca przy politycznym stoliku. Polega również na gotowości do stania tam, gdzie jest niewygodnie.

Hipokryzja ma dziś bardzo elegancki garnitur

Michał Wójcik zakończył swój wpis wyjątkowo mocno:

„Niektórzy mówią, że jest Pan chłopcem w krótkich spodenkach. Ja uważam inaczej – jest Pan obrzydliwym hipokrytą”.

To nie jest język parlamentarnych uprzejmości. To polityczny akt oskarżenia.

Najbardziej niewygodne pytanie nie brzmi jednak, czy Mentzen może spotykać się z Kosiniakiem-Kamyszem. Oczywiście, że może.

Pytanie brzmi: czy potrafi spojrzeć w oczy ludziom, którzy uwierzyli w jego deklaracje o niezależności, sprzeciwie wobec obecnej władzy i obronie państwowych instytucji?

Czy potrafi wyjaśnić, gdzie kończy się polityczny pragmatyzm, a zaczyna zwykła koniunkturalność?

Bo w polityce można zmieniać taktykę. Można rozmawiać z przeciwnikami. Można zawierać porozumienia.

Ale nie można bez końca oczekiwać, że wyborcy będą udawać, iż nie widzą sprzeczności.

Zdrada zaufania jest droższa niż polityczny rachunek

W tle tej historii znajduje się coś znacznie poważniejszego niż osobista niechęć dwóch polityków.

To pytanie o wiarygodność całej sceny politycznej.

Jeżeli wyborcy mają uwierzyć, że walka o konstytucję, niezależność instytucji i państwowe zasady jest czymś więcej niż kolejnym hasłem kampanijnym, muszą widzieć konsekwencję.

Nie wystarczy krzyczeć o zamachu na państwo, kiedy jest to politycznie wygodne. Nie wystarczy krytykować rządzących, a następnie zachowywać się tak, jakby polityczny konflikt można było wymazać jednym spotkaniem.

Nie wystarczy również przyklejać sobie etykiety jedynego prawdziwego patrioty.

Właśnie dlatego sprawa Mentzena i Kosiniaka-Kamysza zasługuje na publiczną dyskusję.

A wyborcy mają prawo oczekiwać odpowiedzi, nie kolejnej porcji politycznego marketingu.

Panowie, wyborcy nie mają amnezji!

Na koniec pozostaje pytanie Michała Wójcika, które nadało całej sprawie szczególnie złośliwy wymiar:

„A na koniec pytanie – przy winku siedzieliście czy przy piwku?”.

To ironia, ale również celna puenta politycznego sporu.

Bo kiedy jedni stoją na ulicy i protestują, inni mogą wygodnie rozmawiać przy stole. Tyle że polityka nie kończy się wraz z opuszczeniem restauracji, a rachunek za utratę wiarygodności prędzej czy później trafia do wyborców.

Sławomirze Mentzen, Władysławie Kosiniaku-Kamyszu – można rozmawiać, można negocjować, można szukać porozumienia. Ale nie oczekujcie, że ludzie zapomną o tym, co mówiliście wcześniej.

Bo ktoś jeszcze pamięta. Ktoś jeszcze stoi pod Trybunałem. Ktoś jeszcze śpiewa. I ktoś się nie boi.

A politycy? Politycy powinni wreszcie zrozumieć, że wyborcy nie są rekwizytami w ich grze.

Władza przemija. Polityczne układy się zmieniają. A wiarygodność, raz utracona, nie wraca po jednym spotkaniu przy stole.