Przez lata myśleliśmy, że „michnikowszczyznę” obalą wielkie procesy historyczne, wybory albo przynajmniej zmiana pokoleniowa. Tymczasem okazuje się, że ostatecznym ciosem dla bastionu wolności nie był ani PiS, ani „Kaczafi”, ani nawet brak reklam ze spółek skarbu państwa. Kres potęgi nadszedł wraz z… windą, która zatrzymała się dwa piętra za nisko.

Redaktor Wojciech Czuchnowski, niczym biblijny prorok, ogłosił światu dramat, redakcję przenoszą z prestiżowego trzeciego piętra na – o zgrozo – pierwsze. To nie jest zwykła przeprowadzka biurowa. To egzystencjalna tragedia! W swoim liście Czuchnowski odmalował wizję „matki-Wyborczej”, która kiedyś władała salonami, a dziś zostaje wypchnięta do bocznej oficyny, by dzielić przestrzeń z „pospólstwem” z gazeta.pl.

Wyobraźcie sobie ten upadek autorytetu: człowiek, który jeszcze wczoraj był moralnym kompasem narodu i na weselach wywieszał osiem gwiazdek, dziś musi patrzeć w oczy młodym dziennikarzom od clickbaitów, bo dzieli z nimi ekspres do kawy. To symboliczne „zejście na ziemię” okazało się dla elit z Czerskiej bolesnym zderzeniem z rzeczywistością Excela.

Zamiast barykad – kartony. Zamiast walki o demokrację – walka o widok z okna. Jeśli tak wygląda koniec epoki, to miejmy nadzieję, że na tym pierwszym piętrze przynajmniej kawa jest darmowa. Bo jak pisze redaktor: „Nie pokonał nas PiS, cios przyszedł z wewnątrz”. I to prosto w kolana, od chodzenia po schodach.