Jest w polskiej polityce szczególny gatunek człowieka. Dawniej nazywano go oportunistą. Dziś częściej występuje pod nazwą „realista”. Rozpoznasz go łatwo: gdy ktoś obraża Polskę, tłumaczy, że to skomplikowane. Gdy ktoś depcze pamięć polskich ofiar, wyjaśnia, że trzeba patrzeć w przyszłość. Gdy ktoś wynosi na piedestał ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach, wzdycha ciężko i oznajmia, że „każdy naród ma prawo do własnej pamięci historycznej”.

Właśnie dlatego polska debata o Wołyniu coraz bardziej przypomina kabaret. Tyle że nikt się nie śmieje.

Kiedy ukraińskie władze podejmują kolejne decyzje budzące oburzenie wśród Polaków, reakcja części naszych elit wygląda jak pokaz mistrzostwa świata w unikaniu odpowiedzi. Zamiast jasnego komunikatu słyszymy mantrę o dialogu, złożoności historii i konieczności zachowania dobrych relacji.

Oczywiście. Relacje są ważne. Tylko dlaczego zawsze kosztem prawdy?

Bo jeśli uznamy, że ludobójstwo jest kwestią interpretacji, to równie dobrze możemy stwierdzić, że grawitacja jest opinią, a dwa plus dwa zależy od okoliczności politycznych. Historia nie jest plasteliną, którą ugniata się według aktualnych potrzeb dyplomatycznych. Są fakty. Są ofiary. Są sprawcy.

Tymczasem część polskich polityków zachowuje się tak, jakby największym zagrożeniem dla relacji polsko-ukraińskich było nie gloryfikowanie postaci związanych z OUN i UPA, lecz… przypominanie o tym fakcie przez Polaków.

Logika jest zadziwiająca. Jeśli ktoś uderzy cię w twarz, powinieneś zachować spokój. Jeśli zaprotestujesz, stajesz się problemem. Jeśli upomnisz się o własną pamięć historyczną, oskarżą cię o psucie atmosfery.

Najbardziej zdumiewa jednak nie sama postawa władz Ukrainy. Państwa kierują się własnym interesem i własną polityką historyczną. Zdumiewa postawa części polskich elit, które zdają się wierzyć, że szacunek można wyprosić poprzez nieustanne ustępstwa.

Historia pokazuje coś odwrotnego. Szanuje się tych, którzy szanują sami siebie.

Nie chodzi o wrogość wobec Ukrainy. Nie chodzi o odrzucanie współpracy. Nie chodzi nawet o rozdrapywanie ran. Chodzi o elementarną zasadę: przyjaźń między narodami nie może być budowana na przemilczeniach i fałszu.

Bo jeśli pamięć o polskich ofiarach staje się niewygodnym dodatkiem do bieżącej polityki, to problem nie leży w historii. Problem leży w tych, którzy uznali, że własna godność narodowa jest przeszkodą w karierze.

A naród, który wstydzi się upominać o swoich zamordowanych rodaków, wcześniej czy później usłyszy od świata, że najwyraźniej sam uznał ich za nieważnych.

I wtedy nie będzie już potrzebna żadna propaganda. Wystarczy milczenie.