Pewnie ta cecha to po praprzodkach ojca, z Wołoszczyzny, których dziś nazywamy „góralami” z Podhala. Ale kiedyś to byli pasterze przepędzający w ramach transhumancji swoje stada owiec. Potem rolnicy. Uwielbiam uprawiać ziemię. Kocham jej zapach, smak, wilgotność wiosną trącącą aromatem obornika i humusu z kompostu.

Brakowało mi tego w miastach, w których mieszkałem.
Zwłaszcza w Warszawie.
Hałas, beton, asfalt, wszechobecny smród spalin.
W Sadowej znalazłem swój azyl.
I choć nie mam „morgów”, ale jedynie kilkaset metrów kwadratowych ogrodu, to mi wystarcza.

Uprawiam ( nie hoduję, mieszczuchy) lawendę, odmianę hybrydową, lawandynę (lawenda pośrednia).
Popularną w Prowansji.
Krzewy są już na tyle duże, że coroczny zbiór jest całkiem obfity.
Suszę ją w domu, na parapetach, na podłodze.
Potem żona wiąże w pęczki i zawiesza na antresoli.
Jej zapach towarzyszy nam cały rok, do następnego lata.
Mam też niewielki warzywnik, a w nim, cukinię, marchew, koperek, fasolkę szparagową, śremskie ogórki.
Niewiele, ale na nasze potrzeby starcza.

Jest coś magicznego w uprawie roślin.

Siejesz do gleby małe ziarenka, które w swej niewielkiej objętości mają zakodowaną całą, dorosłą roślinę.
Patrzysz jak delikatna zieleń przebija wierzchnią warstwę gleby i obserwujesz potem jak rośnie.
Najpierw ma jeden listek. Potem, dwa.
Po kilku tygodniach cieszysz się pięknym kwiatem albo np. dorodną fasolką szparagową, cukinią, ogórkami.

Kończy się lato.
Nadchodzi jesień, czas zbiorów.
Odwieczny cykl natury, o którym ludzie, zwłaszcza w miastach, już zapomnieli.

Ze szkodą dla pełni swego człowieczeństwa.