Teraz tylko czekać na kolejne fikołki Sadurskiego, Chmaja czy Kożuchowskiej-Warywody, których celem będzie takie przedstawienie orzeczenia TSUE, z którego będzie wynikać, że TSUE co innego miał na myśli niż powiedział.
Moje domniemanie jaki kierunek interpretacji zostanie przyjęty?
Taki:
———
Orzeczenie TSUE dotyczy poprawnie wybranych sędziów a nie dotyczy „nie-sędziów”.
———
Problem w Polsce nie polega bowiem na jakiejś drobnej różnicy w interpretacji prawa, ale na tym, że część środowiska prawniczego de facto kwestionuje uprawnienia sędziów i instytucji powołanych ich zdaniem w sposób wadliwy, przy czym „wadą założycielską”, która pozwala jakoby na zakwestionowanie 8 lat dorobku państwa jest obsadzenie członków Trybunału Konstytucyjnego w sposób, który został przez tę część środowiska prawniczego uznany za wadliwy.
Tak radykalna interpretacja jest w istocie rewolucyjna i bez precedensu i sprowadza się do wypowiedzenia prerogatyw Prezydenta oraz powołanych przez niego sędziów i uznania ich orzeczeń za niebyłe – wszystko poza jakimikolwiek procedurami i bez podstawy prawnej, po prostu prawem kaduka.
Ma rację Jan Rokita dostrzegając podobną próbę uknucia zamachu stanu przez lewicę liberalną przed ostatnimi wyborami na Węgrzech i ma rację widząc w wydarzeniach w Polsce część większego procesu przekształcania się liberalnej demokracji w system sędziowskiej dykasterii, w której liberalni sędziowie uzurpują sobie pełnię władzy całkowicie swobodnie interpretując prawa podstawowe zgodnie ze swoją wolą, blokując obsadę stanowisk sędziowskich sędziom o innym światopoglądzie i przy wsparciu liberalno-lewicowych polityków wykluczają ugrupowania prawicowe z życia politycznego jako rzekomo zagrażające demokracji – oczywiście „demokracji” takiej, jak oni ją rozumieją.
W Polsce już pojawiają się w liberalnej prasie wezwania do delegalizacji PiS-u i uważam, sądząc po tym, jak rozwija się spór polityczny w naszym kraju – jest to całkiem niewykluczone.
W całej Unii Europejskiej znormalizowano dyskurs publiczny, w którym każda prawica jest po prostu rozumiana jako „zagrożenie dla demokracji”. Podobnie dzieje się w USA. Coraz lepsze wyniki wyborcze prawicy w różnych państwach Europy bardzo niepokoją liberalno-lewicowy establiszment. Dopóki prawica była marginesem, tolerowano ją jako niegroźną. Kiedy zaczęła uzyskiwać lepsze wyniki – otoczoną ją „kordonem sanitarnym”. Tworzono nawet najbardziej egzotyczne koalicje tylko po to, aby nie dopuścić jej do władzy. Jednak kiedy i to przestało wystarczać, lewica liberalna najwyraźniej uznała, że trzeba uciec się do rozwiązań znanych z systemów totalitarnych.
„Z chamami się nie dyskutuje, cham rozumie tylko język siły” powiedział kiedyś proroczo Tomasz Raczek. Samozwańcze elity lewicy liberalnej są właśnie w tym momencie. Skoro ugrupowania prawicowe są „z natury” zagrożeniem dla demokracji, to nie ma co się krygować – wszystkie środki są dozwolone!
Ponieważ nieustępliwie forsowany przez lewicę liberalną proces „postępu” napotyka na coraz większy społeczny opór, w związku z czym coraz lepsze wyniki uzyskują partie prawicowe, to liberalno-lewicowe elity uznały, że proces demokratyczny jest zagrożeniem sam w sobie i robią wszystko, aby powstrzymać nadchodzącą zmianę polityczną. Wystarczy powiedzieć, że Le Pen, Widlers, Kaczyński czy Orban są „prawie jak Hitler”, żeby potraktować ich jak Hitlera…
Nadchodzi epoka liberalnego autorytaryzmu, w którym zasada „nigdy więcej władzy dla prawicy” będzie podstawowym imperatywem. Lewicowe idee „postępu” i „zmiany społecznej” zostały w minionych dekadach tak mocno wplecione w system liberalny, że ich kwestionowanie jest równoznaczne z zamachem na „liberalną demokrację”. Zarazem – ogromnym wysiłkiem prawników tak skonstruowano otoczenie prawne, że właściwie nie ma już żadnej drogi prawnej do odwrócenia tego procesu. Każdy krok wstecz jest przez liberalne sądy i trybunały uznawany za bezprawny, każda ustawa, która próbuje odwrócić progresywne osiągnięcia jest uznawana za niezgodną z „prawami człowieka” a każda partia, której program polityczny jest „niepostępowy” staje się „faszystowska”.
Wydarzenia w Polsce są balonem próbnym, polem doświadczalnym, gdzie testuje się proces delegitymizacji prawicy, który będzie później wprowadzany w innych państwach, gdzie jakimś cudem wybory wygrają ugrupowania konserwatywne i gdzie nie uda się ich „zmiękczyć” zwykłymi środkami (karami finansowymi, sekowaniem w instytucjach międzynarodowych, naciskiem medialnym).
Jak wiadomo – liberalna demokracja jest „najlepszym ustrojem”. Okazuje się, że to nie jest domniemanie, ale dogmat a ci, którzy definiują jaka demokracja jest „liberalna” czują się uprawnieni do delegitymizacji tych, którzy mają inne wyobrażenia.
Kilka ustaw wydanych za rządów prezydenta Kennedy’ego w późnych latach 60-tych minionego wieku jako wyraz postępu w walce o prawa obywatelskie, prawa człowieka, walki z rasizmem i dyskryminacją, w ciągu kilku dekad stworzyło grunt prawny dla obserwowanego współcześnie fenomenu „woke” dewastującego amerykańskie instytucje i życie społeczne. Każda próba zakwestionowania tak rozumianego „postępu” jest dziś okrzykiwana jako „faszystowska”. Z „faszystami” się nie dyskutuje. „Faszystów” się bije, pakuje do pudła, wyklucza. Stetryczały prezydent Biden, który nie radzi sobie na arenie międzynarodowej i cieszy się stale malejącym poparciem społecznym znalazł jednak siły, aby dopiero co powiedzieć, że „największym zagrożeniem dla współczesnej Ameryki jest biały suprematyzm”. Nie Rosja, nie Chiny, nawet nie globalne ocieplenie, ale właśnie „biały suprematyzm”!
Tak wygląda współczesny liberalizm, który powoli, acz systematycznie osuwa się w tyranię.
Zostaw komentarz