Węgierski Franz Kafka od czasu do czasu, to jest jakiś tuzin razy w ciągu dnia wychodził przed budynek dworcowy, żeby zapalić taniego papierosa, jak najtańszego, bo na droższe nie było go stać. Tam też czasami spotykał się z nastawniczym. Dwa światy – intelektualny i fizyczny stykały się wówczas ze sobą. Nawzajem przypalali sobie papierosy. I patrząc w kierunku granicy z Ukrainą w duchu dziękowali Bogu, że nie są po tamtej stronie. Bo tam jest olbrzymi dworzec w Czopie i mnóstwo niejasnych sytuacji. Może i dobrze, że obecne Węgry są pozbawione rąk i nóg, takie kadłubowe trochę, ale przynajmniej żyje się u nas umiarkowanie dostatnio. I nie trzeba na wojny wyruszać – pomyślał Franz Kafka.

– Pan jesteś ten literat z delegatury w Nyíregyháza, co odrzuca podania? – zapytał nieśmiało mężczyzna w wieku około 82 lat.

– Tak, tak – odpowiedział od niechcenia i lekko lekceważąco Franz Kafka jakby brzydząc się kontaktu z człowiekiem nieumysłowym, znaczy pracownikiem fizycznym.

– Myślisz pan, że warto nadal wysyłać stąd pociągi na Ukrainę, przez Záhony i powiecie Kisvárda? Długo tak jeszcze będziemy jeździć między sobą? – zapytał.

– Tego nie wiem, o wszystkim decyduje dyrekcja w Nyíregyháza, oni tam mają szersze takie wie pan geopolityczne spojrzenie. Stamtąd wszystko widać lepiej, a z Budapesztu to najlepiej, tyle że oni maja na nas wywalone, za dużo spraw mają na głowie. – odpowiedział węgierski Kafka, ale bez przekonania, leniwie tak jakby.

– Wiesz pan, bo ja zostałem nastawniczym na kolei tylko po to, żeby córkę móc po znajomości, na bonusowych biletach kolejowych, wysłać na studia do Drezna. Na politechnikę. Bardzo mi zależało na tym, by moje dziecko wykształciło się jeśli nie na prawdziwym Zachodzie, to przynajmniej na czymś, co jest na zachód od nas i mówi po niemiecku. Stąd wybór padł na NRD. Wiem, że wszyscy się z nich śmieją ale lepsze słabe Niemcy niż ta nasza tutejsza mizeria środkowoeuropejska. – powiedział nastawniczy kończąc papierosa.

– I wysłałeś pan ją na te studia? – zapytałem.

– Wysłałem, ale nie dojechała do celu, bo się NRD zniknął. To było w 1990 roku. Wzięli i anulowali z dnia na dzień poważne europejskie państwo. Było i znikło. Dojechała pociągiem do Usti nad Labem w Czechosłowacji i tam ukończyła studia w zakresie mechanizacji rolnictwa. Lepsze to niż nic – pomyślałem i pogodziłem się z myślą, że jednak nie wyślę dziecka na Zachód.

– Ja pier…ę, co za koszmar – powiedział Franz Kafka i o 8:33 wywalił pierwszy kielich palinki. – Ta sytuacja mnie przytłacza, nie jestem tego w stanie na trzeźwo przyjąć. W naszej części Europy wszyscy jesteśmy z definicji przegrani – kontynuował wypowiedź.

– Ale bycie przegranym też ma pewien sens – powiedział nastawniczy pociągu. – Bo jak już przegrałeś, to nie możesz wygrać, więc nie ma sensu się już napinać i tez nikt tego od ciebie nie oczekuje. Jesteś sobie przebrany, leżysz sobie w miarę wygodnie boku i patrzysz jak inni się napinają, żeby nie przegrać, jakby od tego zależało ich być albo nie być. Gdy tymczasem bycie zależy od tego w jaki ty sam ze sobą walczysz o to, na czym Tobie zależy. I tylko ta walka się liczy w ostatecznym rozrachunku.

– Dziękuję za mądre słowo, pójdę już odprawiać niedoszłych poetów i literatów węgierskich, bo widzę, że znów ustawiła się kolejka. Tak w ogóle to prawdziwi literaci nie powinni stać w kolejkach. – pomyślał Franz Kafka.

Nad dworcem w Szerencs zapadł zmrok w kolorze jakby fioletowym.