Na grafice EVA MINGE pociąga za sznurki. Warto czasem pokazać dosłownie, jak łatwo można sobie wyobrazić cudze życie.

Znane nazwisko, kilka telefonów i gotowe. Projekty kończą się same, klienci ustawiają w kolejce, a terminy z szacunku do rodziny przesuwają.

Muszę sprawdzić, dlaczego u mnie ta funkcja nie działa.

Jestem synem Ewy Minge. Jestem z tego dumny. I nie zamierzam opowiadać bajki, że nazwisko nie pomaga. Pomaga, choć nie zawsze. Przyciąga uwagę, ułatwia pierwszą rozmowę, czasem otwiera drzwi, pod którymi ktoś inny musi długo czekać.

Udawanie, że wszyscy mamy taki sam start, byłoby nieuczciwe.

Tyle że po pierwszej rozmowie przychodzi druga. Ta, na której trzeba pokazać, co się zrobiło.

Wtedy pomysł musi mieć sens. Projekt musi działać. A człowiek po drugiej stronie ma pełne prawo zapytać: „Dobrze, a co do tej współpracy wnosi Oskar?”.

Nazwisko mam w podpisie maila. Treść nadal muszę napisać.

Jest też druga strona tej historii.

Dla wielu moja Mama to marka, pokazy, wywiady i rozpoznawalna twarz. Ja widzę również pracę za tym wszystkim. Odpowiedzialność, trudne decyzje, poprawki. Wszystko, co dzieje się przed zdjęciem i trwa długo po wyłączeniu aparatu.

Kiedy ogląda się to z bliska, trudno uwierzyć, że sukces polega głównie na dobrym ustawieniu się do fotografii.

Mogę być dumny z tego, co zbudowała, i jednocześnie budować własne rzeczy. Korzystać z możliwości, które dostałem, i brać odpowiedzialność za to, co z nimi zrobię.

Mam po kim nosić nazwisko.
Chcę też mieć co pod nim podpisać.

A sznurki? Na potrzeby tej okładki.
Jutro znowu trzeba samemu wstać do pracy.

Oskar Minge. Codziennie.

#oskarminge #evaminge #MarkaOsobista #Przedsiębiorczość #PracaOdKulis