Ukraińcy wypowiedzieli się w sondażu na temat tego, kogo uważają za swoich najwybitniejszych rodaków. Wśród wskazywanych postaci znaleźli się m.in. Taras Szewczenko, Łesia Ukrainka, Bohdan Chmielnicki, Stepan Bandera i Wołodymyr Zełenski.

Dla mnie jednak znacznie ciekawsze od tego, kto znalazł się na tej liście, jest to, kogo na niej zabrakło.

Nie ma króla Danyły Halickiego.
Nie ma księcia Konstantego Ostrogskiego.
Nie ma hetmana Piotra Sahajdacznego.
Nie ma hetmana Iwana Wyhowskiego.
Nie ma kanclerza Jerzego Niemirycza.
Nie ma Symona Petlury.
Nie ma nawet naszego „szlachetnego wroga” – Tarasa Borowcia „Bulby”.

A przecież właśnie poprzez te postacie można byłoby opowiedzieć inną historię Ukrainy.

Historię Ukrainy związanej z Rzeczpospolitą.
Historię kozaczyzny, która potrafiła szukać miejsca w europejskim systemie politycznym.
Historię tradycji republikańskiej, wolnościowej i państwowej.
Historię Ukrainy zwróconej ku Europie Środkowo-Wschodniej, a nie budującej swoją tożsamość przede wszystkim w opozycji do Polski.

I właśnie tutaj pojawia się pytanie, którego w Polsce często nie chcemy sobie zadawać.

Czy rzeczywiście jesteśmy z Ukraińcami „duchowymi braćmi”?

Moim zdaniem powinniśmy bardzo ostrożnie używać tego określenia.

Bo nasi duchowi bracia na Ukrainie istnieją. Są tam ludzie, którzy czują wspólnotę z polską tradycją Rzeczypospolitej, rozumieją ideę Międzymorza, szanują polskie dziedzictwo i widzą przyszłość swoich krajów we wspólnym europejskim domu.

Ale nie szukajmy ich w ukraińskim mainstreamie.

To nie oni nadają ton całej ukraińskiej pamięci historycznej.

Jeżeli chcemy budować trwałe relacje polsko-ukraińskie, musimy wreszcie zaakceptować prostą, choć bolesną prawdę:

Ukraina ma własną pamięć, własny kanon bohaterów i własną narrację narodową. I nie jest ona po prostu ukraińską wersją polskiej tradycji Rzeczypospolitej czy Międzymorza.

Nie oznacza to, że mamy być wrogami.

Wręcz przeciwnie.

Możemy być sojusznikami. Możemy mieć wspólne interesy. Możemy razem przeciwstawiać się rosyjskiemu imperializmowi.

Ale sojusz nie wymaga udawania duchowego pokrewieństwa.

Potrzebujemy mniej romantycznych mitów, a więcej realizmu.

Nie szukajmy na Ukrainie „braci”, którzy istnieją głównie w naszych wyobrażeniach. Szukajmy ludzi, którzy rzeczywiście myślą podobnie jak my. Z nimi budujmy porozumienie.

A wobec reszty?

Szacunek, interesy, twarda polityka i świadomość różnic.

Bo prawdziwa przyjaźń między narodami zaczyna się nie od wzajemnego idealizowania, lecz od uczciwego spojrzenia sobie w oczy.