„Mądry głupiemu ustępuje” — przez lata powtarzano to jak życiową mądrość. Problem w tym, że właśnie takie myślenie doprowadziło nas do miejsca, w którym dziś jesteśmy. Ludzie rozsądni milczą, wycofują się, machają ręką, „żeby nie było awantury”. A w tym czasie krzykliwa bylejakość, polityczna hipokryzja i urzędnicza arogancja rozsiadają się coraz wygodniej na naszych plecach.
Europa miała być wspólnotą wolnych narodów, współpracy i rozwoju. Tymczasem coraz częściej przypomina skostniały mechanizm ideologicznego nacisku, w którym zdrowy rozsądek przegrywa z biurokratycznym absurdem, a interes zwykłych obywateli z interesem elit oderwanych od rzeczywistości. Decyzje podejmowane ponad głowami społeczeństw przedstawia się jako „postęp”, nawet gdy przynoszą chaos gospodarczy, ograniczenia wolności czy zwyczajną degradację jakości życia.
Najgorsze jednak nie jest samo szaleństwo elit. Najgorsza jest bierność ludzi, którzy widzą, że coś idzie w złym kierunku, ale wolą przeczekać. Historia pokazuje jasno: każde środowisko władzy, które nie napotyka oporu, prędzej czy później zaczyna uważać się za nietykalne. A wtedy rodzi się pogarda wobec obywatela, cenzura pod płaszczykiem „walki z dezinformacją”, ekonomiczne eksperymenty kosztem społeczeństw i polityka prowadzona bardziej dla ideologii niż dla ludzi.
Coraz więcej Europejczyków zaczyna jednak dostrzegać, że ten kurs prowadzi donikąd. Narasta zmęczenie propagandą sukcesu i ciągłym straszeniem obywateli wszystkim, co tylko może uzasadnić dalsze ograniczanie swobód i centralizację decyzji. W wielu krajach rośnie sprzeciw wobec politycznych lokajów wykonujących bezrefleksyjnie każde polecenie płynące z unijnych salonów. I właśnie w tym sprzeciwie pojawia się nadzieja.
Bo systemy oparte na absurdzie mają jedną słabość — wcześniej czy później zderzają się z rzeczywistością. Nie da się w nieskończoność ignorować kosztów życia, bezpieczeństwa obywateli, interesu narodowego czy zwykłej logiki. Nawet najgłośniejsza propaganda nie zagłuszy pustych portfeli i społecznej frustracji.
Dlatego dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzeba ludzi aktywnych i odważnych. Nie agresywnych — ale nieugiętych. Takich, którzy nie dadzą sobie wmówić, że sprzeciw wobec złych decyzji jest czymś niewłaściwym. Demokracja nie polega przecież na bezmyślnym posłuszeństwie wobec elit, lecz na prawie obywateli do kontrolowania władzy i rozliczania jej z błędów.
Nie wolno tracić nadziei. Każdy dzień może przynieść polityczny przełom, którego dziś jeszcze nie widać. Historia wielokrotnie przyspieszała wtedy, gdy wydawało się, że nic już się nie zmieni. Dlatego warto patrzeć na świat uważnie, analizować fakty, rozmawiać z ludźmi i nie poddawać się atmosferze rezygnacji.
A rano? Rano rzeczywiście warto zerknąć na wiadomości. Zwłaszcza te oznaczone czerwonym napisem: PILNE. Bo być może pewnego dnia właśnie tam pojawi się informacja, że era politycznej idiokracji zaczyna się kończyć.
Zostaw komentarz