Tego opowiadania nikt nie przeczyta, bo za długie. Nigdy nie czytam przed publikacją tego, co w myślach napisałem.
—
Niedoszły małowęgierski pisarz.
Była środa. Wszyscy pracownicy dworca kolejowego w Szerencs powoli dochodzili do siebie po ostrym weekendowym melanżu, po którym niejeden obudził się w nocy z soboty na wtorek. Tradycja wspólnego weekendowego upijania się wyrosła z nieradzenia sobie z traumą po Trianon. Pierwsze zbiorowe pijaństwa ekipy dworcowej lokalny dziennik „A Föld Hangja Szerencs” odnotowal już w roku 1922, w rok po zwycięskim plebiscycie w Sopron, w którym dwie ofiary-przegrani I wojny światowej licytowali się o kilka wiosek i o miasto Sopron. Znane obecnie z tego, że są tam tanie burdele, salony odnowy, gabinety chirurgii plastycznej oraz papierosy. Z Wiednia 50 minut samochodem po autostradzie.
Dzień rozpoczął się dość leniwie, bez zbędnego pośpiechu. Kierownik stacji podjął decyzje o nieodprawieniu dwóch porannych pociągów do Nyíregyháza. Uczynił to na podstawie kilku wywiadów pogłębionych z osobami chcącymi pojechać w tamtym kierunku. Uznał powody ich podróży za zbyt błahe i rozkazał im rozejście się do domostw energicznie gestykulując przy tym lizakiem kolejarskim. Niedoszli pasażerowie ze spuszczonymi głowami opuszczali dworzec kolejowy w Szerencs. Nie odprawił też pociągu na Ukrainę, do Czopu twierdząc, że te 8 kilometrów ludzie mogą przejść sobie na piechotę bez potrzeby uruchamiania w tym celu lokomotywy. Generalnie kierownik był znany z niechęci do pociągów. Nie lubił kolei żelaznych, został kolejarzem na życzenie swojego dziadka, który zawsze marzył o pracy w tej branży. Chciał zostać lekarzem lub światowej sławy wiolonczelistą.
Leżący na wznak na biurku węgierski Franz Kafka powoli wybudzał się z pijackiego snu. Jak przystało na prawdziwego pisarza, noc z soboty na środę przespał w kapeluszu pilnując aby ten nie spadł mu z głowy. Po przebudzeniu wzuł buty, które równo ustawił obok biurka, trzykrotnie przemył twarz powietrzem wcierając je zwłaszcza w okolice oczu, po czym zasiadł za biurkiem w celu urzędowania. A kolejka była już całkiem spora. Kolejka ludzi z ambicjami zostania literatami wielkowęgierskimi. Wszyscy w ręku trzymali CV oraz próbki swojej twórczości. Kafka zręcznie zbywał większość z nich, twierdząc, że nie ma sensu przesyłanie dalej ich aplikacji do zarządu regionalnego w Nyíregyháza, bo z wieloletniego jego doświadczenia wynika, że te wnioski i tak przepadną. Zresztą ci w Nyíregyháza w ogóle nie chcą namaszczać i legitymizować jakichś pisarzy, bo z tym w efekcie jest problem. Potem jeden z drugim stają się sławni i dziennikarze przyjeżdżają, żeby zapytać u źródła, jak do tego doszło. I Franz Kafka, i ci z Nyíregyháza, bardzo sobie cenią święty spokój i nie chcą niepotrzebnych sytuacji wymagających od nich jakiegoś działania z wyjątkiem niepopierania podań.
Po odrzuceniu kilku z nich i zrobieniu złudnej nadziei jednemu Węgrowi, weteranowi walki o sprawiedliwe granice dla Węgier, objawił się przed nim starszy, korpulentny mężczyzna siedzący okrakiem na mangalicy, w siodle domowej roboty, palący papierosa bez filtra w taki sposób, że ten tani papieros udawał cygaro. Mężczyzna był ubrany we frak i miał cylinder na głowie. Guziki na kamizelce były na skraju oderwania się.
– Słucham pana – powiedział Franz Kafla celowo nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego, udając, że wypełnia jakiś ważny druk.
– Ja w sprawie odrzuconego niesłusznie mojego podania, które składałem tu równo rok temu – powiedział pasażer mangalicy. W tym momencie świnia zakwiliła i wypełniła tym dźwiękiem cały budynek dworca.
– To nie ja podejmuję decyzję, ale zarząd regionalny w Nyíregyháza – odpowiedział Franz Kafka próbując zbyć natręta.
– Formalnie tak, ale jak pan zaopiniował moje podanie wysyłając je do nich? Pamięta pan? – zapytał podniesionym głosem człowiek na mangalicy. Ta zaś wpatrywała się uważnie w buty Franza Kafki.
– Zaopiniowałem neutralnie, wyraziłem w swojej opinii zarówno nadzieje, jak i wątpliwości. To oni, w Nyíregyháza podjęli ostateczna decyzję.
– Bzdura i kłamstwo! – krzyknął człowiek siedzący na świni. Doskonale wiem, że nie spodobało się panu moje pisarstwo odnoszące się do ran, jakie zadała naszemu narodowi nierozumna Historia. Nie przypadły też panu do gustu moje przemyślenia związane ze słabym rozwojem kolei węgierskich.
Świnia dwukrotnie okręciła się ze swoim pasażerem wokół własnej osi i w tym czasie Kafka zbierał myśli, żeby odpowiedzieć na te zarzuty.
W tym czasie przyszedł kierownik dworca i zapytał człowieka na świni: – od kiedy to po budynkach dworcowych porusza się na świni, choćby i w siodle. Hulajnóg elektrycznych zakazaliśmy, a co dopiero żeby się człowiek poruszał na świni. Totalny upadek obyczajów – grzmiał kierownik, podczas gdy Franz Kafka nadal zbierał myśli do udzielenia odpowiedzi.
– Żadnej odpowiedzi na reklamację nie będzie – krzyknął kierownik stacji. Wypierd…ć mi z dworca z tą świnia, bo psami poszczuję. I kopna w zad mangalicy, która jak opętana poczęła rajd po całej stacji szukając wyjścia z niej. Wpadła na pierwszy peron i pech chciał, że akurat przyjechała pociągiem inspekcja z Debreczyna. Wszyscy w garniturach. A na peronie facet we fraku na mangalicy. Przewodniczący delegacji inspektorów zadał wówczas kierownikowi stacji proste pytanie: – Czy to się często zdarza na pańskiej stacji, aby jacyś wariaci urządzali sobie pijackie rajdy na świniach, czy to tylko incydent?
– Panie inspektorze, to przykry incydent, jednostkowy – tłumaczył się kierownik stacji. – Wcześniej takich akurat nie było. Owszem było wielu wariatów, jak ten który wylądował na pierwszym peronie drewnianym samolotem własnej konstrukcji twierdząc, że kolej to przeszłość, ale to są – proszę mi wierzyć, przypadki odosobnione.
– To dlaczego jednak zdarzają się, paraliżując ruch pociągów na tak ważnym węźle kolejowym? – zapytał inspektor, a dwóch towarzyszących mu mężczyzn, powiedziało zgodnie: no właśnie, unosząc tym samym wysoko brwi.
– To wina Franza Kafki, to znaczy jego urzędu odpowiedzialnego za przesyłanie podań o bycie wielkowęgierskim pisarzem do Nyíregyházy. Gdy jego nie było z tym jego biurkiem i koszem do wrzucania podań, nie było takich sytuacji. To jest prawdziwy magnes na wariatów. To on ich tutaj przyciąga. – tłumaczył kierownik stacji.
– Otóż panie kierowniku, jest pan w błędzie – powiedział stanowczo inspektor, a dwóch członków komisji pokiwało głowami. – Nie może pan kwestionować rozwoju wielkowęgierskiego kolejnictwa z pozycji negacji potrzeby rozwoju literatury. Rozwój literatury jest – mówiąc wprost – podstawą węgierskiego kolejnictwa. Możemy jeździć pociągami mniej, krócej, albo w ogóle, byleby tylko kolejnictwo nie wchodziło w konflikt z literaturą, nawet taką słaba jak obecnie, bo z Nyíregyházy do Budapesztu w ostatniej dekadzie nie doszło ani jedno pozytywnie zaopiniowane podanie.
– To ja może pokażę panom dworzec – powiedział speszony kierownik stacji starając się nie zbliżać zbyt blisko do delegacji, aby nie wyczuto jego nieświeżego oddechu. – Pokażę i opowiem o całym dworcu – kontynuował wypowiedź.
– Dworzec to my już oglądaliśmy tysiąc razy, niepotrzebne nam takie wycieczki. – powiedział inspektor. – Masz pan tutaj jakąś godną zaufania, dobrej jakości palinkę? – zapytał inspektor a jego towarzysze wymownie poluzowali już krawaty. – Inspektorujemy już od dwóch dni i nas suszy lekko.
– Ależ oczywiście, zapraszam panów do swojego gabinetu – powiedział entuzjastycznie kierownik, który akurat jeśli chodzi o te sprawy był mistrzem świata i kosmosu.
– Doskonale, zaproś pan koniecznie tego literata zza biurka. Niech nie siedzi tam taki osowiały. A człowieka na świni pogonić z dworca, bo obraz ten bynajmniej nie buduje autorytetu kolei węgierskich. Takie obrazki potem upowszechniają się w mediach i ludzie się z nas śmieją. Na drzwiach do dworca obok zakazu hulajnóg, dajcie przekreśloną ikonę człowieka na świni. To powinno wystarczyć. A teraz polewajcie, bośmy głodni.
Zostaw komentarz