Wiele lat temu wysłuchałem opowieści o Nieludzkiej ziemi. W czasach mojej młodości był to temat przemilczany, niemal zakazany, obecny jedynie w urywanych wspomnieniach.
Wcześniej znałem tylko pojedyncze fakty: ojciec Teodozji walczył w wojnie polsko-sowieckiej w oddziałach Piłsudskiego, gdy Polska dopiero odzyskiwała niepodległość. Reszta była milczeniem.
Wraz z tą opowieścią otrzymałem Odznakę Grunwaldu.
„Kiedy odejdę, zapamiętaj, co ci opowiedziałam”
,,Pamiętaj, Jędruś — tam było piekło.”
Zalomotali w drzwi grubo po północy. NKWD. Dali godzinę. Tyle wystarczyło, by dom przestał być domem. Matka pakowała to, co wpadło pod rękę — chleb, garnek, mąkę. Ojciec stał przy piecu. Ten sam człowiek, który kiedyś maszerował z karabinem u boku Piłsudskiego, teraz w milczeniu zakładał płaszcz. Wiedział, że tym razem nie ma odwrotu. Jest tylko droga w jedną stronę. Całą rodzinę zapakowano na sanie i zawieziono na stację. Takich jak oni były setki.
W wagonach bydlęcych panował ścisk i z każdą godziną robiło się coraz zimniej. Ludzie stali jeden przy drugim. Dzieci płakały, aż brakowało im sił. W podłodze była wycięta dziura — jedyne miejsce, gdzie można było się załatwić. Strach mieszał się z mroźnym powietrzem. Głód przyszedł szybko. Dni liczyło się po tym, kto jeszcze żył. Gdy ktoś umierał, ciało wynoszono podczas postoju i zostawiano przy torach. Pociąg ruszał dalej.
Syberia przywitała ich mrozem, od którego zamarzały rzęsy, a skóra pękała do krwi. Baraki zbite z nieheblowanych desek, kilka prycz, słoma na podłodze i mały żeliwny piecyk w kącie — to był ich nowy dom. Tak zaczynało się życie w miejscu, gdzie ziemia nigdy nie rozmarzała.
Spali w ubraniach, przytuleni do siebie, by nie zamarznąć. Praca zaczynała się przed świtem. Rąbali las, spławiali drzewa rzeką, kopali zmarzniętą ziemię dla tych, którzy zostali tu na zawsze, próbując dać im namiastkę pochówku. Ciągnęli sanie z ciężarami. Noc ich wyganiała i noc przygarniała z powrotem. Praca przekraczała ludzkie siły. Śmierć była codziennością.
Ojciec zrobił łapcie z brzozowej kory. Twarde i niewygodne, ale lepsze niż stopy owinięte w łachmany — przynajmniej nie zapadały się w śniegu. Każdy krok był walką. Głód nie znikał nawet we śnie. Matka pruła stare swetry i z drutu dziergała serwetki. Wymieniała je u strażników na chleb lub miskę rzadkiej zupy. Każdy okruch był ratunkiem.
Dziadkom zabrakło sił. Słabli dzień po dniu. Najpierw przestali chodzić, potem mówić. Umarli cicho. Pochowano ich w wiecznej zmarzlinie, płytko, bez krzyża. Śnieg szybko wyrównał ziemię.
Kiedy pojawiła się możliwość wstąpienia do wojska, Tola i jej siostra nie wahały się ani chwili. 1 Armia Wojska Polskiego była jedyną drogą, by wydostać się z Syberii. W Sielcach nad Oką szkolono ich krótko. Wielu przybyło tam prosto z łagrów — wychudzonych, z odmrożeniami, po wielotygodniowej wędrówce.
Pod Lenino przyszło pierwsze prawdziwe zetknięcie z wojną. Błoto mieszało się z krwią. Tam Tola zrozumiała, że wojna nie ma w sobie nic z bohaterstwa. Potem był długi marsz przez Białoruś i Polskę — przez spalone wsie, puste domy i twarze ludzi patrzących z niedowierzaniem na polskie mundury. Płakali, gdy przekraczali granice ojczyzny.
Wiosną dotarli do Odry. Forsowanie rzeki — dym, krzyk, ogień. Po drugiej stronie czekał Dolny Śląsk. W rejonie Nysy wciągnięto ich w ciężkie walki. Brakowało łączności, amunicji, snu. Kto przeżył, szedł dalej.
Ostatni marsz prowadził na południe, do Czech. Do Pragi weszli w maju. Miasto świętowało wyzwolenie, ludzie płakali z radości. Tola stała w tłumie i myślała o Syberii — o łapciach z brzozowej kory, o głodzie, o grobach pod wieczną zmarzliną. Jakiś czas później odebrała Odznakę Grunwaldu. Jej Grunwald nie był na polu bitwy. Był tam, gdzie każdego dnia trzeba było zwyciężać strach, mróz i rozpacz. Zwyciężyła wola życia.
Nieludzka ziemia była historią kogoś, kto na zawsze wrył mi się w serce. Pamięci Toli i jej rodziny poświęcam te wspomnienia. Piszę, bo to, co przeżyli, domaga się słów. A pamięć jest jedynym, czego tej ziemi nie udało się odebrać.
Autor: Jędruś Ciupaga

Zostaw komentarz