Polskie państwo od lat zmaga się z problemem gigantycznie rozbudowanej administracji publicznej. System, który w teorii miał służyć obywatelom, z biegiem lat rozrósł się do rozmiarów, które coraz częściej budzą pytania o sens jego utrzymywania w obecnej formie. Każdy kolejny szczebel administracji oznacza bowiem nowe urzędy, nowe stanowiska, nowe wydziały i kolejne miliardy złotych wydawane z pieniędzy podatników. Gdy jednak spojrzymy na liczby, okazuje się, że skala możliwych oszczędności z reformy państwa jest ogromna.
Jednym z najbardziej kosztownych elementów obecnej struktury administracyjnej są powiaty. W Polsce istnieje ponad trzysta powiatów oraz kilkadziesiąt miast na prawach powiatu, a każdy z nich utrzymuje własne starostwo, rozbudowaną administrację, wydziały, dyrektorów, zastępców oraz radnych. W praktyce oznacza to setki budynków administracyjnych i tysiące etatów urzędniczych. Utrzymanie tego poziomu administracji kosztuje państwo około 30 miliardów złotych rocznie. Likwidacja powiatów i przekazanie ich kompetencji gminom oraz administracji centralnej oznaczałoby więc potężne oszczędności dla budżetu państwa.
Kolejnym elementem rozbudowanego systemu administracyjnego są urzędy marszałkowskie. W Polsce funkcjonuje szesnaście takich instytucji – po jednej w każdym województwie. Każdy z tych urzędów posiada rozbudowaną strukturę departamentów, dyrektorów, kierowników oraz całe zaplecze administracyjne. Koszt utrzymania tych struktur sięga dziś około 8 miliardów złotych rocznie. W praktyce oznacza to kolejną warstwę biurokracji pomiędzy rządem a samorządami lokalnymi.
Nieco mniej, ale nadal bardzo dużo kosztuje funkcjonowanie urzędów pracy. W Polsce działa ich kilkaset – powiatowych i wojewódzkich. Instytucje te miały pomagać osobom bezrobotnym w znalezieniu zatrudnienia, jednak w dobie internetu i nowoczesnych systemów rekrutacyjnych ich rola jest coraz częściej kwestionowana. Utrzymanie tej sieci instytucji kosztuje budżet państwa około 3 miliardów złotych rocznie.
Jeszcze większy problem widać na poziomie gmin. W Polsce istnieje 2477 gmin, z czego bardzo wiele to niewielkie jednostki liczące kilka tysięcy mieszkańców. Każda z nich posiada jednak pełną strukturę administracyjną – wójta lub burmistrza, radę gminy, urząd gminy, wydziały oraz liczne stanowiska urzędnicze. W praktyce oznacza to powielanie tych samych funkcji w setkach małych jednostek samorządowych. Gdyby część najmniejszych gmin została połączona w większe organizmy administracyjne, oszczędności mogłyby wynieść około 20 miliardów złotych rocznie.
Największy koszt całego systemu stanowi jednak liczba urzędników. W szeroko rozumianej administracji publicznej pracują setki tysięcy osób, a utrzymanie całego aparatu biurokratycznego pochłania ogromne środki z budżetu państwa. Gdyby przeprowadzić głęboką reformę administracji i ograniczyć liczbę stanowisk urzędniczych nawet o 70 procent, potencjalne oszczędności mogłyby sięgnąć aż 150 miliardów złotych rocznie.
Gdy zsumujemy wszystkie te elementy – likwidację powiatów, likwidację urzędów marszałkowskich, likwidację urzędów pracy, redukcję liczby urzędników oraz połączenie małych gmin – okazuje się, że potencjalne oszczędności dla państwa mogłyby wynosić nawet 211 miliardów złotych rocznie. To kwota, która pokazuje skalę problemu i jednocześnie ogromny potencjał reformy państwa.
Takie liczby zmieniają perspektywę całej debaty o funkcjonowaniu administracji publicznej. Nie jest to już tylko dyskusja o biurokracji czy nadmiarze urzędów. To pytanie o to, czy państwo ma być strukturą służącą obywatelom i rozwojowi kraju, czy też systemem utrzymującym przede wszystkim sam siebie. W czasach rosnących wydatków publicznych i coraz większych obciążeń podatkowych dla obywateli pytanie o skalę i sens rozbudowanej administracji staje się jednym z kluczowych tematów przyszłości państwa.

Mniej urzędów – więcej pieniędzy dla obywateli
Rafał Szrama 🇵🇱
Nie jestem urzędnikiem ale ale pan pisze głupoty że szok