– Umarł minister, niech żyje ministra!
– Czarnek z wozu, dzieciom lżej! – Słychać dokoła, więc jako państwowiec, który chce się dostosować do nowej polityki rządu na gwałt się resocjalizuje i potakuje, żeby zostać na wozie.
Codziennie słucham Wiadomości o 19.30, bo muszą wiedzieć co w edukacji piszczy.
Z piątkowego wywiadu udzielonego przez ministrę telewizji, dowiedziałem się, że trzeba zlikwidować lektury, które ze względu na trudną tematykę i archaiczny język są niezrozumiałe dla uczniów.
Przyjąłem to ze zrozumieniem ale nadal nie wiem czy Reduta Ordona ma być wydalona z kanonu, czy nie? Ministra dociskana przez dziennikarkę, wiła się jak piskorzyca i nie udzieliła wiążącej odpowiedzi na to ważne dla mnie pytanie, ponieważ jutro na lekcji wyrównawczej mam omawiać z uczniem z VI a – wiersz Mickiewicza.
Minęło niedzielne popołudnie, a ja wciąż się zastanawiałem, co będę robić na poniedziałkowych zajęciach?
I kiedym tak siedziałem i dumałem – nagle pociemniało mi w oczach, “a gdym łzy ocierał, usłyszałem, że coś do mnie mówił mój jenerał, który na Redutę spozierał w milczeniu. Na koniec rzekł – stracona – a spod powiek jego wymknęło się łez kilka i rzekł do mnie – Kolego…”
Skoro jenerał powiedział, że stracona, to nie ma co sobie Ordonem głowy zawracać – pomyślałem i cisnąłem w kąt poemat wieszcza.
Ale kiedy uspokojony chciałem włączyć Netflixa – z kanonu wyskoczył, jakiś drugi generał i zaczął się ze mną żegnać.
Czemu cieniu odjeżdżasz ręce złamawszy na pancerz? – pytam go, a pn ponaglił konia, który stopę poderwał, jak tancerz, spojrzał na mnie i powiada
– “Wrócę, kiedy się mury Jerycha rozwalą, jak kłody … i pleśń z oczu zgarną narody”.
Nie wiedziałem, co bohater miał na myśli ale byłem pewien, że skoro generał obiecał że wróci, to słowa dotrzyma.
A kiedy w końcu udało mi się włączyć telewizor i ustawić program na ulubiony chiński serial – ten o problemie zaginionych ciał, przeszkodził mi natrętny dźwięk za oknem.
– Trata, ta, ta, to nie strata, to nie strata, trata, ta, ta, to nie strata – zawodziła melodia, jak z katarynki.
– To niemożliwe – skąd kataryniarz na Ursynowie? – myślałem zdziwiony, wychodząc na balkon.
Ale nie myliłem się – na dole stał facet z katarynką i “grał ordynaryjne walce i polki, a tak głośno, że szyby drżały. To była rzeczywista katarynka z popsutymi piszczałkami i bardzo głośną trąbą”
Rozeźlony, że przeszkadza mi w ulubionej rozrywce, chciałem zwymyślać kataryniarza najgorszymi słowami i wychyliłem się z balkonu, aby krzyknąć: – „Ty próżniaku jakiś!.., gdy w oknie sąsiedniego bloku ujrzałem – małą niewidomą dziewczynkę tańczącą po pokoju. Blada jej twarz była zarumieniona, a z zastygłych oczu płynęły łzy, jak grad”
– Skąd się tu wziąłeś i co to wszystko znaczy – zapytałem kataryniarza?
– Przyszedłem powiedzieć, że mnie już nie będzie i że dzieci z Vb nie muszą czytać tej noweli o trudnej tematyce napisanej archaicznym językiem – odrzekł grajek.
– A co z niewidomą dziewczynką? – drążyłem zaniepokojony.
Jej też nie będzie lecz odchodzi w dobrym towarzystwie – razem ze Stasiem i Nel, Jankiem Muzykantem i Zosią Bobrówną, więc nie będzie jej smutno – powiedział kataryniarz i zniknął zanim zdążyłam mu rzucić dziesiątaka.

Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz