Jako małe dziecko brałem udział w uroczystościach wudu. Wiele nie pamiętam, ale jedno zapadło mi w pamięć. Otóż mistrz wudu sprawiał na tyle przerażające wrażenie, że się go bałem. A mistrz był nie byle jaki (vide załączniki), gdyż był jednym z najważniejszych mistrzów wudu z Haiti. Towarzyszył mu Jerzy Grotowski. Obrzędy miały zaś miejsce w Lagos w Nigerii. Ale najbardziej nietypowe jest jednak to, że spora ich część miała miejsce w… ambasadzie PRL.

Mój Ojciec zgodził się na uroczystości bez żadnego problemu. Ktoś na placówce uznał jednak, że napisze donos. Gdy o sprawie dowiedział się Wydział Zagraniczny KC zrobiło się niewesoło, bo donosowi nadano bieg i sprawa dotarła do jednego z sekretarzy KC. Sytuację uratował jednak Jerzy Grotowski, który poszedł do KC i z pełną powagą powiedział, że on osobiście nie zadzierałby z kapłanami wudu, a jeśli KC zechce Ojca za sprawę ukarać to istnieje ryzyko, że zło, które spotkałoby uczestnika obrzędów wróciłoby ze zwielokrotnioną siłą i opowiedział zdumionemu sekretarzowi KC, że kapłani wudu mogą medytacją spowodować śmierć człowieka na innym kontynencie.

Wiele lat później Ojciec usłyszał od owego sekretarza, że ten był akurat świeżo po obejrzeniu „Live and let die” czyli Bonda, którego akcja ogniskuje się wokół morderczej sekty wudu i że po sugestywnej podobno opowieści Grotowskiego towarzysz sekretarz poszedł najpierw na wódkę, a potem na wszelki wypadek do Kościoła.

Cała historia zawiera w sobie tyle paradoksów PRL, że sama nadawałaby się na film.

Hieronim Grala to ta historia, o której kiedyś opowiadałem. Tak sobie BTW myślę, że niedostosowanie do urzędniczej rutyny bywa dziedziczne.

Fot. Anthony Karen. Kapłan vodou.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)