Na gorąco o kilku zmianach w oświacie. Na stronie takzetego.pl autorka publikująca pod nickiem Nawiasem Pisząc opublikowała wpis, w którym zawarła wiele cennych spostrzeżeń, również o sprawach ogólnej natury ważnych dla mnie i wielu z nas, a ja uzupełnię to kilkoma uwagami o części tych zmian jak to z kolei było u mnie, choć kwestia wf-u mogła też dotyczyć lub współcześnie dotyczy osób z moją niepełnosprawnością.

Na początek jednak fizyka, zwłaszcza po podstawówce.
Prawda jest taka i nie ma co zaklinać rzeczywistości, mianowicie większość niewidomych to humaniści, aczkolwiek zdarzają się również zdolni w przedmiotach ścisłych. Ja jednak należę do tej liczniejszej pierwszej grupy.

W moim liceum miałem panią od fizyki, która miała zdrowe podejście i była to zresztą jedna z najbardziej przychylnych mi nauczycielek.
Po prostu wymagała tyle, ile musiała, skoro nie zdawałem tego na maturze, ani nie wiązałem z tym swojej przyszłości.

Dla odmiany geografia była jak kiedyś wspomniałem wybranym przeze mnie przedmiotem na maturze, bo zawsze byłem z tego dobry.

Kolejna kwestia, nad którą warto zatrzymać się dłużej, czyli wf i niewidomi w ogóle, bo to nie tylko na moim przykładzie, gdyż szczególnie jedna sytuacja także u współczesnych uczniów mogła mieć miejsce. Zniesienie oceny z wf-u jest czymś, co w końcu należało zrobić, zwłaszcza w takich przypadkach, jak u mnie, gdzie na pewnym etapie nie było dobrego wyjścia, ale od początku.

Całą podstawówkę i gimnazjum w szkole integracyjnej miałem wf, jak wszyscy tam oprócz Sali gimnastycznej był i jest basen, a dodatkowo to już nie wf, ale też to była aktywność fizyczna w postaci udziału w rajdach pieszych. Na wf-ie były też piłki dźwięczące, czyli z dzwonkami w środku chyba sprowadzono je z Warszawy.
Niepełnosprawni uczniowie mieli odrębnego nauczyciela wf-u. Później przez ten rok w Łodzi niby był wf, ale w istocie go nie było, gdyż byłem jedyny w klasie, który nie miał zwolnienia, bo reszta miała z uwagi na niepełnosprawność sprzężoną.

Potem już w ogólniaku w nauczaniu indywidualnym pojawił się pewien problem.
Oni nie byli w stanie zapewnić mi wf-u tak uważali, a z drugiej strony nie załatwiając sobie zwolnienia nie byłbym klasyfikowany. Musiałem więc w jednym i drugim roku załatwić sobie to zwolnienie i oczywiście, że lekarz się dziwił, bo medycznie nie miałem do tego jakichkolwiek przeciwwskazań, ale nie dało się wymyślić lepszej opcji.

Wreszcie sprawa ogólnej natury, czyli jak to jest z zadaniami domowymi i w ogóle programem nauczania.

Po naszej stronie istnieje wyraźny dwugłos, bowiem wielu widzi konieczność racjonalizacji, ale przy obecnej opcji rządzącej zachodzi słuszna obawa o obniżenie poziomu nauczania. Pojawiają się też takie opinie, że choćby w moich czasach zadawano mniej, ale trudno mi to jednoznacznie stwierdzić.

Warto w tym miejscu przywołać stary artykuł Cezarego Kaźmierczaka pt. „Pieniądze nie naprawią polskiej edukacji” zamieszczony na stronie WEI jeszcze przed koronapierdolcem, bo w 2019.
Autor trafnie postulował nie tylko konieczną zmianę organizacyjno-finansową w postaci urynkowienia oświaty, ale też właśnie zmianę merytoryczną, czyli unowocześnienie podstawy programowej.

Przywołał przykład informatyki, mianowicie bynajmniej wtedy nadal omawiając rodzaje drukarek uczono o igłowych i atramentowych, albo jednym z tematów było tworzenie plików tekstowych i folderów, gdy tymczasem wielu młodych śmiga w różnych językach programowania i bynajmniej nie nauczyli się tego w szkole.

Co do zadań domowych to Alternatywa Społeczna również podnosi kwestię ich ograniczenia, ale właśnie minimalizacji, a nie likwidacji.

Obraz Kris z Pixabay