Jeszcze zimny wiatr szarpie połami mojej kapoty. Jeszcze przy trotuarach wiszą żółte od psich sików jęzory zmarzniętego śniegu, na których ślizga się noga nieostrożnego przechodnia, ale w powietrzu już pachnie wiosną.
Dzieci w szkołach z nadzieją wyglądają przez okna, usiłując namówić belfrów na lekcje w plenerze. W „mojej” 7d uczniowie kończą czytać “Syzyfowe prace” i już za chwilę będą omawiać metody rusyfikacji przedstawione w powieści.
Dlatego przeglądam szuflady w poszukiwaniu medalu, który odziedziczyłem po przodkach. Chciałbym zaprezentować go na lekcji polskiego, jako pomoc naukową podczas zajęć poświęconych lekturze Żeromskiego.
Szukam odznaczenia, które car Aleksander przyznawał obywatelom Królestwa Polskiego zasłużonym w tłumieniu Powstania Styczniowego. Na awersie orderu widniał carski, dwugłowy orzeł. Na rewersie wybite były daty 1863 – 1864, wokół których wił się napis – “Za usmirenie polskago miateża”.
Nie mam pojęcia skąd ten medal znalazł się w naszym domu? Czyżby, jakiś nieznany pradziad otrzymał go od Rosjan za “zasługi” przy uśmierzania “polskiego buntu”? Mam nadzieję, że nie. Być może odznaka została znaleziona lub nabyta, przez któregoś z moich antenatów i była przekazywany z pokolenia na pokolenie jako rodzinne kuriozum?
Taki sam order nosił jeden z bohaterów powieści “Syzyfowe prace” – nauczyciel łaciny, Rudolf Leim, nadzwyczajny służbista i gorliwy lojalista. To on wsadził Marcina Borowicza do kozy za karę, że uczeń rozmawiał w szkole po polsku. Posłuchajmy, jak pisał o nim Żeromski. Cyt. “W dni galowe dworskie pan Leim maszerował przez miasto ustrojony w mundur z haftowanym kołnierzykiem, z orderami, wśród których wisiał miedziak ”za usmirenie polskago miateża”…
Autor nie sprecyzował za jakie “zasługi” profesor Leim dostał był order, ale czytelnicy domyślali się, że nie było to nic godnego.
Z medalem “za usmirenie…” obnosił się również wójt Gała, obżartuch i pijus, jeden z bohaterów opowiadania “Echa leśne”, utworu, który onegdaj był w kanonie lektur.
Mimo szczegółowych poszukiwań i penetracji najciemniejszych kątów mieszkania, medalu nie znalazłem. Po przeprowadzce do nowego domu nie mogę się pozbierać. Wciąż czegoś szukam, za czymś gonię i kręcę się w kółko bezradnie.
Carskiego miedziaka nie znalazłem, ale natknąłem się na inną pamiątkę. Pamiątkę po polityce prowadzonej mniej opresyjnie, jakby półgębkiem, wstydliwie maskowanej obłudnymi sloganami o przyjaźni z ZSRR.
Na dnie skrzyni tapczanu natknąłem się na album, który przed laty wykonała moja żona, będąca wówczas uczennicą 5 klasy szkoły podstawowej w Skawinie. Album nosił tytuł – „Lenin”. Tom miał tekturowe okładki, obciągnięte czerwonym płótnem, a jego karty związano kokardką. Na stronicach albumu naklejone były zdjęcia, które mała Cesia wycinała z ówczesnych gazet. Fotografię opatrywała własnoręcznie wykaligrafowanymi cytatami z poematu Janusza Minkiewicza pt. “Lenin w Poroninie”
Pierwszą stronę, zatytułowaną “Dom Lenina” otwierały następujące wersety:
“Wiele pamiątek
Mamy z najmłodszych
Lenina lat
Oto
Widzimy tu, na początek
Dom
W którym Lenin przyszedł na świat”
Niestety, w miejscu, gdzie powinna być ilustracja, widnieje pusta przestrzeń z plamami po kleju, którym było, ale się odlepiło zdjęcie z domem rodzinnym Władimira Ilicza.
W części środkowej albumu, moją uwagę przyciągnęła strona z fotografią Lenina, witającego młodego Stalina. Mała Cesia zapewne nie wiedziała, że w roku 1969 to zdjęcie było politycznie niepoprawne. Ale opatrzyła je adekwatnym komentarzem zaczerpniętym z wiersza Minkiewicza:
“Ten oto obraz
Nam przypomina fakt
Jakich mało historia zna..
Lenin młodego wita
Stalina
Gdy się poznali Owego dnia…”
Album zamykała gustowna grafika z widokiem na plac Czerwony, opatrzona ostatnią strofą poematu;
“I oto
Kończy się już opowieść
Z pięknych Lenina dni
Jest w środku Moskwy
Mauzoleum
W którym na wieki
Wielki wódz śpi”.
– I niech się nie budzi – myślę.
Przerzucam kartki albumu i zastanawiam się czy dzieło małej Cesi, można uznać za dowód rusyfikacji?
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz