Partia polityczna nie jest religią, zakonem ani dworem, któremu należy się bezwarunkowa lojalność. Nie jest też sektą. Z samej definicji jest organizacją, której celem jest zdobycie i sprawowanie władzy. Aby to osiągnąć, musi przekonać obywateli do swojego programu, ale jednocześnie działa także w interesie swoich członków.
Politycy, zdobywając mandat posła czy senatora, otrzymują nie tylko możliwość wpływania na losy państwa, lecz także określone przywileje i wynagrodzenie finansowane ze środków publicznych. Jedni idą do polityki z poczucia misji i chęci służby Polsce, inni widzą w niej po prostu sposób na stabilne i wygodne życie. Taka jest natura demokracji i nie ma sensu udawać, że jest inaczej.
Dlatego nie rozumiem, skąd u niektórych sympatyków różnych partii politycznych tyle zaciekłości, zajadłości, a nawet nienawiści. Można różnić się w ocenie podziału PiS czy odejścia Mateusza Morawieckiego wraz z grupą posłów. Można uważać, że była to decyzja słuszna albo błędna. Nie ma jednak żadnego powodu, by polityczny spór zamieniać w wojnę, w której zamiast argumentów pojawiają się wyzwiska, pogarda i emocjonalny lincz.
Najbardziej razi mnie nadużywanie słowa „zdrajca”. Kto właściwie kogo zdradził? Jeśli ktoś odchodzi z partii, tak jak odchodzi się z firmy, uczelni czy innego środowiska, nie staje się z tego powodu zdrajcą. Być może uznał, że chce realizować swoją wizję w innym miejscu albo nie ma już możliwości działania w dotychczasowym środowisku. Takie sytuacje zdarzają się każdego dnia i nikt rozsądny nie rzuca od razu oskarżeń o zdradę.
Zdrada to bardzo poważny zarzut. Tymczasem dziś z przerażającą łatwością padają słowa: „zdrajca”, „szmaciarz”, „bankster” czy „Pinokio”. Takie określenia niewiele mówią o tych, do których są kierowane. Mówią natomiast bardzo wiele o ludziach, którzy ich używają. O ich kulturze, poziomie debaty, etyce, moralności i nikczemnym charakterze.
Demokracja polega na tym, że ludzie mają prawo się różnić, odchodzić z partii, tworzyć nowe środowiska polityczne i próbować realizować własne cele. Nie musimy tych decyzji pochwalać, ale nie mamy też prawa odmawiać komuś godności tylko dlatego, że wybrał inną drogę. Partie powstają, dzielą się, łączą i znikają. Tak było od zawsze i tak będzie zawsze.
W polityce potrzebne są argumenty, a nie fanatyzm. Bo jeśli zaczynamy traktować partię jak religię, a jej lidera jak nieomylnego przywódcę, przestajemy być obywatelami, a stajemy się wyznawcami. A demokracja potrzebuje ludzi samodzielnie myślących, nie ślepo wierzących.Najbardziej zastanawiają mnie także ci, którzy wchodzą na czyjś profil wyłącznie po to, żeby zostawić obelgę i zrobić bagno.Wchodzą nie po to, by porozmawiać, nie po to, by przedstawić argumenty, ale tylko po to, by obrazić. Jeśli nie odpowiada ci to, co piszę, nie musisz tego czytać. Internet jest ogromny. Idź tam, gdzie znajdziesz treści zgodne ze swoimi poglądami. Naprawdę nie ma obowiązku zaglądania na mój profil tylko po to, by zostawić po sobie odrobinę pogardy. Szanujmy siebie nawzajem, nawet wtedy, gdy różnimy się w poglądach. To właśnie na tym polega dojrzałość i kultura debaty.