Jak co roku wolę za specjalnie się nie udzielać i nie wchodzić w dyskusje związane z datą 1 sierpnia. Może dlatego, że ogromna większość użytkowników przestrzeni internetowej nie ma najmniejszego zamiaru zmieniać swych ocen czynu powstańczego, może dlatego, że ich poglądy są zupełnie niezgodne z moimi, a może dlatego wreszcie, że jakichkolwiek argumentów bym nie użył – nie mają one żadnego znaczenia w dyskusji. Mam jednak to szczęście, że jako historyk działań wojennych II Wojny Światowej widzę pewne uporządkowanie spraw w morzu rozkazów i poleceń wydawanych przez sztaby wojsk niemieckich i sowieckich, zatem oślepiający blask białoczerwonej flagi zupełnie nie przesłania mi majaczących na horyzoncie wniosków. A są one tragicznie smutne…
1. Doświadczenia z wcześniejszych wystąpień związanych z Akcją „Burza” najzupełniej wyraźnie wskazywały, że nie ma żadnej możliwości obrony niepodległej i suwerennej Polski przy pomocy sowieckich żołnierzy, przeciw którym w zasadzie występowano (w wymiarze politycznym), i już ten prosty fakt implikuje wszystkie dalsze wydarzenia.
2. Najwyższe dowództwo Armii Krajowej było rzecz jasna świadome tych ograniczeń i mimo całkowitego zdezawuowania planu wystąpienia przed Sowietami w roli gospodarzy mimo wszystko podjęło decyzję o wszczęciu walk – jedynym ich celem nie było oczywiście zdobycie stolicy państwa, lecz poświęcenie jej wraz z mieszkańcami w celu podjęcia dyskusji międzynarodowej nad przyszłością kraju nad Wisłą. Kto jak kto, ale akurat KG AK doskonale i w całej rozciągłości znało stan „przygotowań” do wystąpienia zbrojnego – brak broni, brak amunicji, brak systemu logistycznego. Przypominam także, że decyzja podjęta została w okolicznościach wskazujących na całkowitą samowolę dowódców AK, którzy zdecydowali się na działanie zebrawszy sie w gronie, którego kształt wykluczał użycie w dyskusji jakichkolwiek racjonalnych argumentów.
3. Warszawa i jej okolica jako ośrodek działania polskich sił podziemnych była totalnie nie zdolna do tego, by mówić choćby o jednoprocentowej szansie na sukces – sam obszar wielkomiejski był w kluczowych punktach przygotowany do obrony i obsadzony (przynajmniej 16 000 uzbrojonych i wyszkolonych członków formacji wojskowych i paramilitarnych). Jeszcze gorzej sprawy miały sie w obszarach podwarszawskich – te stanowiły najbliższe zaplecze niemieckich wojsk polowych, zatem w bardzo krótkim czasie każda próba zablokowania niemieckim posiłkom drogi do Warszawy musiała napotkać miażdżącą reakcję. Oddziały wyznaczone do ataku na niemieckie posterunki i umocnienia nie posiadały nie tylko broni do tego niezbędnej, ale także nie miały w zasadzie żadnych rezerw amunicji, by móc podtrzymać presję. Sam plan wystąpienia był niebywale naiwny – zakładał zajęcie zbyt wielu celów na zbyt dużym obszarze i najwyraźniej zakładał, że broniących tych punktów Niemcy albo uciekną, albo złożą broń bez walki.
4. Dowództwo armii podziemnej w ogóle nie pochyliło sie nad prostym faktem – w żadnym wypadku siły bojowe nie mogły równać się potencjałem i siła bojową ani z osłabioną niemiecka Ostheer, ani tym bardziej z dużo liczniejszą i wyposażoną w ogromne ilości broni ciężkiej armią sowiecką. W tych okolicznościach snucie jakichkolwiek planów militarnego przejęcia kontroli nad jakimkolwiek miastem miało charakter myślenia stricte życzeniowego. To zresztą nieistotne, bo jak zauważyłem – decyzje podejmowane przez KG AK wcale temu służyć nie miały – celem od początku do końca było poświęcenie odpowiednio dużej ilości ofiar na rzecz „pokazania postawy Narodu Polskiego”.
5. Okupacja niemiecka była niebywale dotkliwa na każdym obszarze Polski – oprócz Warszawy cierpiał Poznań, cierpiała Łódź, cierpiał Śląsk i cierpiało Podlasie. Zmierzam do tego, że to nie jest tak, że akurat w Warszawie powstanie wybuchnąć musiało. Nie musiało wybuchać ani w Warszawie, ani w żadnym innym mieście – zarówno Akcja „Burza”, jak i samo Powstanie nie było spontanicznym zrywem ludności, lecz wystąpieniem przygotowywanych do tego celu konspiracyjnych formacji, starających się przejść do działań otwartych. Twierdzenie głoszące, że Powstanie musiało wybuchnąć i tak, bo tego pragnęli Polacy jest w całości nieprawdziwe – to tylko kolejna próba wytłumaczenia i „oswojenia” konsekwencji decyzji władz wojskowych o podjęciu walki zarówno podczas „Burzy”, jak i w dniu 1 sierpnia 1944 roku. To, że głos ów został podchwycony przez setki weteranów nie świadczy wcale o tym, że musi być on prawdziwy. Bo nie jest prawdziwy. Opieranie jakichkolwiek wniosków o wspomnienia bardzo młodych ludzi z natury rzeczy nie mających wiedzy o szerszym horyzoncie spraw jest zupełnie niecelowe na poziomie dyskusji o tym, czy Powstanie powinno było wybuchnąć, czy nie. Realia Frontu Wschodniego były takie, że w wojnie potężnie uzbrojonych mas ludzkich kierowanych przez dwa nieludzkie reżimy nie było miejsca ani na romantyczną wizję świata, ani na rojenia o masowym wystąpieniu cywili nie posiadających żadnej broni, ani wyszkolenia wojskowego. Taka wizja to jedyny efekt polityki historycznej traktującej przez dekady niezmiennie o szczególnej roli Polski i Polaków w dziejach przynajmniej Europy, jeśli nie całego świata. Zamiast karmić społeczeństwo tą trucizną należało raczej skupić się na wytworzeniu struktur zdolnych do trwania w obliczu sowieckiej obecności w Polsce powojennej, ale wybrano jednak drogę zbiorowego samobójstwa.
6. Powstanie wybuchło w chwili, w której energicznie kierujący niemieckimi jednostkami sztab Grupy Armii „Środek” skutecznie zablokował sowieckim jednostkom marsz na Warszawę. O ile w ciągu pierwszych dni sierpnia Warszawa faktycznie miała duże znaczenie jako podstawa działań niemieckich 2 i 9 Armii, to po klęsce sowieckiej pod Radzyminem jej znaczenie maleje. Sowieckie dowództwo nadal wprawdzie prowadziło szaleńcze i krwawe ataki na niemieckie przedmoście, ale ich celem nie było już przede wszystkim wyjście na lewy brzeg Wisły w Warszawie, lecz rozerwanie niemieckiego frontu na styku 2 i 9 Armii, co pozwoliłoby zająć bardzo korzystne pozycje do ataków wzdłuż Wisły, ku Bałtykowi.
7. Nie jest prawdą, że Sowieci zatrzymali swój marsz na Zachód obserwując bezczynnie jak Niemcy rozprawiają się z Powstaniem. Walki nad Wisłą, Bugiem i Narwią kosztowały Sowietów około 277 tysięcy żołnierzy – a to jest ponad połowa pierwotnego stanu całości sił, które na przedpolach Warszawy operowały. Wehrmacht stracił w tych walkach około 90 000 żołnierzy. Samo zestawienie tych strat wskazuje wyraźnie, że lato i jesień 1944 roku to okres niebywale zaciekłej bitwy. Obrona niemiecka była dobrze zorganizowana i umiejętnie prowadzona – do walki stanęły nie tylko uważane za elitarne związki dwóch dywizji pancernych Waffen-SS, ale także kawalerzyści węgierscy, czy piechurzy 73 Dywizji Piechoty Wehrmachtu. Wyłącznie załamanie się wskutek wybuchu paniki tej ostatniej formacji pozwoliło sowietom pojawić się we wrześniu 1944 roku na Pradze i podjąć próbę forsowania Wisły w Warszawie.
8. Nieprawdziwy jest argument o wielkim znaczeniu walk powstańczych z uwagi na wiązanie wielkich sił niemieckich w mieście. Sztab Grupy Armii „Środek” w ogóle nie interesował się przebiegiem walk w Warszawie, gdy tylko stało się jasne, że pod kontrola Niemców pozostają mosty i główne ciągi komunikacyjne. Walki w Warszawie prowadzone były przez wybitnie trzeciorzędne formacje wojskowe lub paramilitarne, które do służby na froncie się po prostu nie nadawały. Obecność w Warszawie elementów dywizji pancernych wynikał albo z przypadku (elementy Dywizji „H.G.”), lub świadomym działaniem obliczonym na utrzymanie cennych dywizji przed zabraniem ich dowództwu Grupy Armii „Środek” do służby na innych odcinkach frontu (jak w przypadku 25 Dywizji Pancernej).
9. Nie jest prawdą, że Powstanie wybuchnąć musiało, bo gdyby nie wybuchło, Niemcy i tak doprowadziliby do zniszczenia Warszawy. Jak opisałem powyżej, Warszawa w sensie operacyjnym nie miała dla Sowietów przypisywanego jej uporczywie znaczenia. Co więcej – wraz ze zdobyciem przyczółków na Narwii i Wiśle (zwłaszcza pod Baranowem) celem dowództwa sowieckiego było ostateczne rozmontowanie niemieckiej zdolności do podtrzymywania obrony Ostfront. Celem zatem stał się Śląsk i możliwość zniszczenia jednostek Grupy Armii „Środek” nad Bałtykiem. Wizja frontalnego szturmowania przez sowietów miasta przez rzekę jest po prostu pozbawiona jakichkolwiek podstaw. Niemcy nie mieli już wówczas ani czasu ani możliwości do planowanego wyburzania milionowego miasta. Decyzja o zniszczeniu warszawy została podjęta arbitralnie przez Grofaza, który podjął ją w oparciu o emocjonalne przesłanki. Wyburzanie ruin po upadku Powstania było sporym i kosztownym problemem dla niemieckich sił zbrojnych, które do wybuchu Powstania w ogóle nie miały takich zamiarów, ani zasobów. Dość powiedzieć, że nawet do budowy kolejnych rubiezy obrony zatrudniano przede wszystkim Polaków, przy czym zalezność od tej siły roboczej była tak wielka, że płacono im bardzo dobrze, a częśc zorganizowano w formacje robocze, by zapewnić jeszcze lepsze warunki pracy.
10. Samo Powstanie ma wyłącznie negatywne konsekwencje – przyniosło nie tylko zagładę miasta stołecznego, ale także niedające sie wręcz ocenić straty demograficzne. Przestał istnieć ośrodek kultury, przestała istnieć tama sowietyzacji społeczeństwa polskiego. Bez względu na to, czy Powstanie wybuchło by, czy nie los Polski był przesądzony – miała stanowić część sowieckiej strefy wpływów, a Alianci Zachodni nawet gdyby bardzo chcieli, nie byli w stanie pomóc rządowi na uchodźctwie. Próby zaopatrywania z powietrza zakończyły się albo ogromnymi stratami wyznaczonych do tego celu formacji lotniczych, albo zasypaniem Niemców zaopatrzeniem, którego minimalne ilości trafiły do adresatów. Także sowieci (nawet, gdyby chcieli) nie byli w stanie wesprzeć Powstańców zaopatrzeniem, bronią i amunicją – nie mieli ku temu ani środków (ich bazy zaopatrzeniowe do jesieni znajdowały się kilkaset kilometrów na wschód), ani woli. Tym bardziej, że jak wiemy zasadniczo Powstanie politycznie wymierzone było przeciw Stalinowi.
Kończąc moją wypowiedź pragnę zauważyć, że biorąc pod uwagę powyższe argumenty decyzja o podjęciu walki w Warszawie nie daje się obronić w żadnym wypadku, a już najmniej pod kątem „moralnego zwycięstwa” – to stwierdzenie uważam za kpinę z ofiar kompletnie bezsensownej decyzji podjętej przez KG AK. Co ma być u diabła tym „moralnym zwycięstwem”? Zbudowanie poczucia, że najlepszym remedium na niesprzyjającą sytuację polityczną jest zbiorowe samobójstwo? Polska od klęski wrześniowej nie była podmiotem polityki międzynarodowej, lecz jedynie przedmiotem i pragnę wyrazić głębokie przekonanie, że jedyną nauką płynącą z opisywanych wydarzeń pozostaje takie umocowanie w systemie międzynarodowych sojuszy i organizacji, by nigdy więcej do takiej sytuacji nie dopuścić.
Mam wciąż aktualną prośbą o udostępnianie moich materiałów i dalsze wspieranie mojej działalności za pośrednictwem: buycoffee.to/marcin_jop
Zostaw komentarz