„Dotarło, zakute łby?” – zdanie krótkie, lecz ciężkie jak ołów. Wypowiedziane przez premiera, brzmi nie jak emocjonalny lapsus, lecz jak manifest pogardy. A przecież w demokracji słowa władzy powinny unosić wspólnotę, nie walić w nią jak młotem.
Gdy Donald Tusk pozwala sobie na pytanie: „Dotarło, zakute łby?”, nie jest to wyłącznie językowa niezręczność. To sygnał. Nie o stanie debaty publicznej – ta już dawno przestała być salonem – lecz o standardzie, jaki wyznacza ten, kto stoi na czele rządu.
Można oczywiście powiedzieć: emocje, dynamika, polityczna retoryka. Można wzruszyć ramionami i uznać, że w końcu „twarde czasy wymagają twardych słów”. Tyle że premier nie jest komentatorem w studiu telewizyjnym ani anonimowym użytkownikiem mediów społecznościowych. Jest urzędnikiem Rzeczypospolitej. A urząd, nawet jeśli chwilowo zajmowany przez człowieka z temperamentem, wymaga formy.
Nie jest to zresztą pierwszy raz, gdy język lidera rządu skręca w stronę protekcjonalności czy otwartej drwiny. W przeszłości pojawiały się wypowiedzi o „ciemnym ludzie”, który „to kupi”, ironiczne połajanki pod adresem przeciwników czy sugestie, że krytycy po prostu „nie rozumieją”. Za każdym razem można było mówić o skrócie myślowym, retorycznej figurze, politycznym żarcie. Problem w tym, że żart powtarzany zbyt często przestaje być żartem – staje się nawykiem.
Etyka w życiu publicznym nie polega na tym, by nigdy nie podnieść głosu. Polega na tym, by pamiętać, do kogo się mówi. Premier mówi zawsze do obywateli – nawet gdy wydaje mu się, że odpowiada wyłącznie oponentom. W demokracji nie istnieje kategoria „zakutych łbów”. Istnieją wyborcy: jedni przekonani, inni wątpiący, jeszcze inni rozczarowani. Każdy z nich jest współwłaścicielem państwa.
Szacunek nie jest oznaką słabości. Jest dowodem siły. Najłatwiej jest zbesztać, wyśmiać, zdeprecjonować. Trudniej – tłumaczyć. Najtrudniej – przyznać, że spór nie czyni z przeciwnika idioty. A jednak właśnie to odróżnia polityka od męża stanu.
Odpowiedzialność za słowo w ustach premiera ma wymiar większy niż osobisty. To odpowiedzialność instytucjonalna. Każde publiczne wystąpienie wyznacza normę. Jeśli na szczycie padają obelgi, trudno wymagać, by na dole panował dialog. Jeśli ton debaty wyznacza pogarda, nie dziwmy się, że w odpowiedzi pojawia się agresja.
Ironia losu polega na tym, że władza, która tak chętnie apeluje o powagę i odpowiedzialność innych, sama ucieka w retoryczne skróty rodem z internetowych komentarzy. A przecież urząd premiera to nie scena stand-upu. To mównica państwa.
Słowa mają wagę. Czasem większą niż ustawy. Ustawę można nowelizować. Wypowiedziane zdanie zostaje w pamięci – i w kulturze politycznej – na długo. I to być może jest w tej historii najbardziej dotkliwe. Nie to, że padły ostre słowa. Lecz to, że padły z miejsca, które powinno uczyć powściągliwości.
Zostaw komentarz