Jestem za ochroną przyrody, ale racjonalną. Przyroda nie jest Bogiem, ani nawet bożkiem. Powinna służyć ludziom. Wszystkie osoby pokroju Spurek powinny mieć zakaz publicznego wypowiadania się. A tu nawet są uznawane za autorytety.
Będąc posłem VIII kadencji Sejmu RP wielokrotnie na komisji ochrony środowiska słyszałem wypowiedzi tzw. obrońców przyrody podszyte sosem lewackiej ideologii. Wrzeszczeli, że np. musimy bronić przyrodę przed ociepleniem klimatu. Tak, jakbyśmy na to mieli jakiś wpływ.
Mamy wpływ na pewne sprawy związane z zanieczyszczeniem przyrody, ale jakoś nigdy tam ekologów nie widziałem. Żadne towarzystwo ekologiczne nie lobbuje za wyjaśnieniem przyczyn pożarów wysypisk śmieci, żadne towarzystwo ekologiczne nie żąda ukarania winnych składowania beczek z chemikaliami na terenie byłej rafinerii w Gorlicach. Takich przykładów można by było mnożyć w nieskończoność.
Za to wszyscy niemal ekolodzy – będę ich dalej nazywał tzw. ekologami, żądają wprowadzenia elektrycznych samochodów. I o ile tzw. hybrydy mają jakiś sens, to samochody w pełni elektryczne już takiego sensu nie mają. Jednak tzw. ekolodzy wymuszają na rządach państw, by podnosiły podatki na paliwa stałe lub pochodzące z ropy. Nie dostrzegają bezsensu ekologicznego i ekonomicznego samochodów napędzanych tylko prądem.
Powinni się zastanowić, a raczej to my powinniśmy się zastanowić jak szaleństwo w tym zakresie wyleczyć. Będzie to trudne, bo rząd przyjął projekt dofinansowania zakupu pojazdów napędzanych energią elektryczną i dofinansowania także ich produkcji. Skończy się to podwyżką cen energii elektrycznej, która dotknie nie tylko korzystających z samochodów elektrycznych, ale też zwykłych użytkowników korzystających z energii elektrycznej w domu.
Z punktu widzenia ekologicznego i ekonomicznego trzeba wziąć pod uwagę fakt, że samochód napędzany tylko energią elektryczną posiada potężne akumulatory, przy produkcji których zwielokrotniona jest emisja CO2. Oczywiście trzeba wziąć także pod uwagę produkcję energii do ładowania tych akumulatorów – też produkowaną przy zwiększonej emisji CO2. No i najważniejsze – potem trzeba gdzieś te zużyte baterie składować, bo na razie nie da się ich rekultywować.
Bezsens samego projektu samochodów elektrycznych pokazał przykład z samochodem Tesla. Jeden z youtuberów przeprowadził eksperyment polegający na sprawdzeniu wytrzymałości baterii 8-letniej Tesli. Okazuje się, że jej naładowanie pozwala na przejechanie zaledwie kilkudziesięciu kilometrów. A więc baterie nadają się praktycznie na złom. Koszt ich wymiany jest ok. 80 – 100 tys. zł.
Kto kupi auto w takim stanie??? I za takie pieniądze?
Autor: dr hab. Józef Brynkus, prof. UP Kraków
Pracownik Katedry Edukacji Historycznej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Pochodzi z rodu górali podhalańskich i orawskich. Polski historyk i nauczyciel akademicki, profesor UP Kraków, poseł na Sejm VIII kadencji.
Zostaw komentarz