Historia ma fatalny zwyczaj wracania wtedy, gdy społeczeństwa przestają ją traktować poważnie. Kiedyś pruski urzędnik przyjeżdżał do polskiego miasta z pieczątką, nakazem i pogardą wobec miejscowych. Dziś wszystko wygląda nowocześniej: zamiast feldfebla jest komisarz, zamiast rozkazu — dyrektywa, zamiast germanizacji — „harmonizacja standardów”. Mechanizm jednak pozostaje dziwnie znajomy.
Ponad 200 lat temu Prusy doskonale wiedziały, że narodu nie trzeba podbijać wyłącznie armią. Wystarczy go zadłużyć, podporządkować administracyjnie i wychować tak, by sam uznał zależność za coś normalnego. Najpierw odbiera się podmiotowość elitom. Potem centralizuje decyzje. Następnie przekonuje obywatela, że lokalna tradycja, własne prawo i narodowy interes to przeżytek utrudniający „postęp”.
Brzmi znajomo?
Pruski model państwa opierał się na dyscyplinie, hierarchii i bezwzględnym posłuszeństwie wobec centrum. Człowiek miał być trybikiem. Państwo wiedziało lepiej. Urzędnik był ważniejszy od obywatela. A wszelkie przejawy niezależności traktowano jak zagrożenie dla systemu.
Dziś wielu polityków z zachwytem sprzedaje dokładnie tę samą filozofię, tylko pod nowym logo i w bardziej eleganckim opakowaniu. Obywatel ma ufać „ekspertom”, nie zadawać pytań i akceptować kolejne ograniczenia jako „konieczność cywilizacyjną”. Jeśli protestuje — jest populistą, oszołomem albo wrogiem postępu. Mechanizm stary jak świat: najpierw ośmieszyć, potem krytyka, potem odebrać mu głos.
Prusacy wiedzieli też coś jeszcze — naród bez własnej tożsamości łatwiej kontrolować. Dlatego walczono z językiem, kulturą i pamięcią historyczną. Dziś nie trzeba już zakazywać polskiego. Wystarczy wmówić młodym ludziom, że patriotyzm jest obciachem, historia przeszkadza w nowoczesności, a suwerenność to relikt XIX wieku.
Najbardziej ironiczne jest to, że dawniej Polacy rozpoznawali zagrożenie natychmiast. Wiedzieli, czym kończy się oddawanie decyzji obcemu centrum władzy. Dziś część elit klaszcze z entuzjazmem, gdy kolejne kompetencje odpływają poza kraj, byle tylko odbywało się to przy odpowiedniej oprawie medialnej i z europejskim hymnem w tle.
Oczywiście świat się zmienił. Nikt nie stoi dziś nad obywatelem z karabinem. Nowoczesne systemy kontroli są znacznie subtelniejsze. Człowieka wiąże się kredytem, regulacją, zależnością ekonomiczną i informacyjną. To wygodniejsze niż brutalna siła. Tańsze i skuteczniejsze.
Ale sedno pozostaje identyczne jak za pruskich czasów: obywatel ma wykonywać polecenia centrum i nie wierzyć, że może decydować sam o sobie.
Dlatego warto pamiętać historię. Nie po to, by żyć przeszłością, lecz by rozpoznawać stare mechanizmy, kiedy wracają pod nową nazwą. Bo czasem między pruskim urzędnikiem sprzed dwóch stuleci a współczesnym technokratą różnica polega głównie na kroju garnituru.
Zostaw komentarz