Jeszcze w Wielkanoc szliśmy zaśnieżoną drogą do Popradzkiego Plesa i opowiadałem ci o Klimku Bachledzie, że to był taki dzielny człowiek, który się nie bał,a w każdym razie nie pozwalła by lęk nim kierował. Że kiedy wrócił do Zakopanego po służbie w austriackiej armii, na początku XX wieku, to tam była empidemia cholery i nikt nie chciał być grabarzem w czasie zarazy i Klimek jako jeden z nielicznych podjął się tej roli. No, a potem został królem, Królem Tatr i tatrzańskich ścieżek. I kiedy powstało Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, to generał Zaruski chciał, żeby to Klimek był jego Naczelnikiem, ale ten odmówił skromnie. I pewnej starsznej sierpniowej nocy 1909 roku szedł po niejakiego Szulakiewicza, który czekał gdzieś zabezpieczony przez przyjaciela na pochyłej platformie pod Małym Jaworowym Szczytem, padał deszcz, była burza, biły pioruny, a on szedł w ścianę i kiedy lina się zacięła między nim a innym ratownikiem, miał ją rozwiązać i pójść dalej. Podobno wtedy powiedział to słynne proste zdanie.

Mus człowieka ratować.
A może powiedział to wcześniej? Kiedy jechał furmanką z Zakopanego w stronę wylotu Doliny Jaworowej?
Poszedł i zginął tej strasznej nocy. Nie dlatego, że chciał czy był samobójcą, ale dlatego, że ślubował, że będzie szedł, niezależnie od warunków ratować ludzkie życie. I nic go z tych ślubów nie zwalniało. Tak uważał. Górale tak mają.
Powiedziałem ci, że czytałem o Nim jako chłopiec, a ściślej – czytał mi o Nim Babcia Monika z książki „Tatrzańskie Tragedie” Wawrzyńca Żuławskiego i zajął moja chłopięcą wyobraźnię bez reszty. Stał się większy od Czterech Pancernych i psa, od Załogi G. Do dzisiaj w każdym człowieku, mężczyźnie czy kobiecie z naszywką TOPR widzę – jakby się klisze nałożyły – profil suchego, drobnego górala. I wierzę, że jeżeli powinie mi się noga to jakiś Klimek po mnie pójdzie chociażby burza, pioruny i deszcz.

Ale też myślę z szacunkiem o pracy klimkowej braci i staram się tak chodzić po górach żeby nie narażać ich bez sensu. Kiedy słyszę burzę, schodzę ze szlaku przy pierwszej okazji w dół, jeżeli biegnie grzbietem, rezygnuję ze szczytu. Może zachowawczo, ale takie mam zasady. I nie potrzebuję do tego smsów z RCB. Mam własny rozum. I nie idę szlakiem zimą, jeżeli nie poznam go dobrze latem, jesienią. Pomijając fakt, że zimą szlaki biegną inaczej niż latem i trzeba wiedzieć którędy i dlaczego. I tak dalej.

Opowiadałem o Nim, bo chciałem go Tobie podarować. Chciałem żebyś miał to poczucie zakotwiczenia w ludzkim powinowactwie jakie dała mi historia Klimka, historia bezinteresownego, prostego heroizmu, który nie potrzebuje wielkich słów ani artefaktów wojownika. Chciałem żebyś go miał dla siebie, gdy przyjdzie czarna godzina, niekoniecznie w górach.

Byłeś zajęty wówczas szukaniem śladów Wielkiej Stopy w Tatrach i wydawało się, że historii wysłuchałeś, ale zaraz zmieniłeś temat na Wielką Stopę i szanse spotkania jej na drodze do Popradzkie Plesa. No cóż, pomyślałem, moją rolą jest pokazać i powiedzieć bierz jeżeli chcesz, ale przecież nie wcisnę ci nic na siłę. Ja swoje zrobiłem, uznałem i bez entuzjazmu podjąłem kwestię Wielkiej Stopy.

Minęło kilka tygodni. Minęły święta. Minęło kilkanaście kolejnych mgnień wiosny, w czasie której staraliśmy się trzymać Ciebie możliwie na dystans z tym wszystkim co kłębi się zaraz obok. Twój kolega z Ukrainy Rościsław zmienił przedszkole. Jego Mama została sama, pracowała gdzieś w centrum miasta i mimo tego, że Twoje przedszkole zachowało się bardzo w porządku – wolała jakieś przedszkole bliżej pracy. Nie dawała rady wozić Twojego kolegi i zdążać do pracy w centrum.

Zdążyłem załatwić tanio kilka celowników, kamerę termowizyjną, dostać kilka banów na fejsbuku, dogadać się w sprawie dwóch, może trzech książek, zagrać kilka prób, wysłać do batalionu medycznego kolejnych kilka tysięcy złotych zebranych dzięki wielu ludziom dobrej woli.

I zdarzył nam się spacer, kiedy trochę gadaliśmy a troche milczeliśmy, było ciepło, ale nie zanadto i ogólnie było nam obu dobrze ze sobą. Chyba szliśmy sobie przez pola w stronę Babci Moniki, a szło nam się tak dobrze, że kiedy doszliśmy do drzewa, przy którym trzeba by skręcić w lewo, w stronę domu zapytałeś czy musimy już iść do domu czy możemy sobie pójść kawałek dalej. No i poszliśmy. Gadaliśmy niespiesznie, o miejscach, które moglibyśmy odwiedzić. I to nie jakieś odległe, ale takie, które nas ciekawią, jątrzą i są obok, w zasięgu wzroku, a jednak tam nie byliśmy.

Powiedziałem ci o wzgórzu za Kamieńcem na które od dziesięciu lat wybieram się rowerem. Pewnie nic tam nie ma, ale chciałbym być. Ale jakoś się nie składa.

Albo o tej kępie drzew chyba za Brzezią Łąką, w polu, tak blisko drogi ale w polu, oddzielnie. I zacząłem ci mówić, że taka kępa starych drzew, może świadczyć, że tam jest jakiś stary cmentarz. Nie ma już grobów, ani krzyży tylko pamięć terenu, ziemi i instynkt ludzi, który powoduje, że mimo tego, że wokół pola, to ten spłachetek ziemi nie jest uprawiany. I nie jest to pamięć tych ludzi, bo przyjechali tutaj 80 lat temu, a jeżeli rzeczywiście te drzewa wyrosły na cmentarzu za wsią, to raczej sprawa jest dawniejsza, może nawet bardzo dawna.

I zacząłem mówić, że w czasach zarazy ludzie nie wiedzieli skąd się bierze zaraza i bardzo się bali. Bo śmierć kosiła wszystkich, bogatych i biednych, dobrych i złych i była niewidzialna, nie wiadomo było co trzeba robić, żeby jej uniknąć. Dlatego nawet zmarłych wyrzucano daleko poza obręb wsi i chowano w polu, na wzgórzu i wiele lat potem nie ruszano.
– I tam tak było? – zapytałeś pochylając się nad kolejnym robaczkiem.
– Nie wiem – odpowiedziałem – jakbyśmy tam kiedyś stanęli na poboczu drogi i przeszli te kilka metrów przez pole, to by można było sprawdzić. Bo jeżeli to cmentarz to między drzewami są wtedy takie doły, bo po człowieku, jak wiele lat leży w ziemi nic nie zostaje i miejsce po nim się zapada i się robi dół.
– A dlacego oni tak daleko chowali tych ludzi ? – zapytałeś znowu podnosząc wzrok nad robaczka podając mi rękę i podejmując przerwane dreptanie do gdzieś tam przez pole.
– No mówiłem ci przecież przed chwilą, ludzie nie rozumieli tego co się dzieje, wokół była śmierć i zwyczajnie się bali. Bali się wszystkiego, także swoich zmarłych.
Szliśmy przez chwilę w milczeniu, patrzyłeś w przestrzeń jak zawsze kiedy intensywnie myślisz i w końcu wypaliłeś głosem spokojnym, acz stanowczym:
– Gdyby tam był Klimek Bachleda, to by się nie bał. Bo Klimek się nie bał prawda?
– Może się bał, ale nie pozwalał, żeby strach nim kierował.
– No, cyli się nie bał.
– Powiedziałbym raczej, że może się bał, ale był odważny.
Nastąpiła chwila milczenia po czym powtórzyłeś z powagą i spokojem swoich pięciu lat i dziesięciu miesięcy:
– Klimek by się nie bał.

Chyba zmieniliśmy szybko temat. Chyba dlatego, że tak naprawdę zatkało mnie to nawiązanie po ponad miesiącu licznych wydarzeń w twoim i moim życiu.

Gdzieś daleko trwała obrona huty Azowstal. Gdzieś ktoś wzywał pomocy spod zawalonego budynku. Ktoś jechał karetką po rannych przez ostrzeliwana ulicę. Ktoś prosił o pomoc porzucony w lesie między zaporami z drutu kolczastego. Ktoś wsłuchiwał sie w odległe wołanie z gór, nasłuchiwał głosu gwizdka wśród ryczącego morza. Świat nie przestał być sobą. W powietrzu wisiało echo twoich słów. Jak drogowskaz.

Klimek by się nie bał.
#Listy_do_Tymoteusza

Szanowni Czytelnicy!

Jeśli uznacie, że warto można mi tez postawić kawę, jak zawsze, niezmiennie, wciąż – zbieram na osiołka-forda. Ponieważ na FB mam też tzw. shadowbanam czyli obniżanie widoczności postów – wdzięczny będę za każdą formę wsparcia. Jeśli uważasz, że to co robie zasługuje na wsparcie, to proszę postaw mi kawę klikając tutaj, link: buycoffee.to/radek_wisniewski

Autor: Radosław Wiśniewski  Polski dziennikarz, poeta, ur.1974 – pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami, jednej eseistycznej, jednej prozatorskiej i jednej popularno-historycznej. Tłumaczony na niemiecki, angielski, hiszpański, ukraiński, fiński oraz węgierski. Jest współzałożycielem Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, byłym redaktorem naczelnym ex-kwartalnika „Red.”, wieloletnim współpracownikiem „Odry”.

Więcej na Facebook’u: https://www.facebook.com/autorautor74