Rosjanie przygotowali się na kolejną falę mobilizacji. Usprawnili oni system mobilizacyjny i szkoleniowy pod wieloma względami, znacząco ograniczyli dostęp do internetu w całym kraju, rozszerzyli uprawnienia odpowiednich służb, by mobilizacja przebiegła sprawnie. W tej chwili wszystko zależy od decyzji Putina – czy uzna, iż warto podnieść stawkę w grze, czy nie.

Jeżeli do przeprowadzenia tej mobilizacji dojdzie, to dla Rosjan najmniej sensu ma rzucanie tych dodatkowych żołnierzy na istniejącą na wschodzie linię frontu. Tak, to zapewne pozwoli opanować Drużkiwkę czy Dobropole nie po 1,5 roku walk, a po 9 miesiącach, ale nic poza tym. Taki jest obecnie charakter tej wojny. Pchanie do strefy śmierci, gdzie każdy centymetr jest obserwowany, większej ilości ludzi zasadniczo niczego nie zmienia. Rosjanie atakują w sposób rozproszony w tej chwili nie dlatego, że im żołnierzy brakuje, by prowadzić na większą skalę natarcie, lecz po to, by nie tracić całych kompanii w ciągu jednego ataku. Tempo natarcia nieco się przyspieszy, jeżeli będą mieli więcej ludzi, ale i straty mocno wzrosną. Więc w jakimś sensie to by była najbardziej „bezpieczna” opcja dla Ukrainy i również szerzej dla Europy.

Natomiast obawiam się, że gdyby Kreml uznał, iż ma ewidentny problem na froncie i chce problem ukraiński rozwiązać jakimś zdecydowanym krokiem (a wcześniej zawsze tak robił, jak dochodził do ściany), to albo będzie się starał otworzyć nowy kierunek na Ukrainie, próbując rozszerzyć linię frontu i rozciągnąć siły ukraińskie, albo… uderzy w ogóle nie na Ukrainie. Obawiam się, że subiektywnie Kreml w tej chwili może traktować Europę jako bardzo słabą i uważać, że można w ten sposób pozbawić Ukrainę realnej podstawy jej siły – czyli wsparcia zachodniego. Ale to jest osobna rozmowa i temat na dłuższy tekst, kóry niedługo się pojawi.