Był 31 października 2020 roku. Trzy lata temu. Zabrałem wówczas dzieci na zwariowaną wycieczkę, chcąc być dla nich dobrym tatą. Pierwszy przystanek miał być w okolicach Grazu na parafii u księdza z rodziny. Obok był aquapark. Potem mieliśmy udać się do Słowenii, na inny aquapark.

Po drodze, na autostradzie między Wiedniem a Grazem, dowiedziałem się o śmierci mojego Ojca. Od mojej siostry. To co, mnie wtedy zmroziło, to nie ta informacja, ale to, że ona mnie nie poruszyła, nie przeniknęła mojej duszy. Tak jakby to było wydarzenie zewnętrzne, dotyczyło kogoś spoza grona rodziny i znajomych.

Potem były przepychanki przy pogrzebie. Starałem się schodzić z pola rażenia. Moja Siostra Alicja zdecydowała, że Tato spocznie pod Częstochową, w połowie mojej drogi z Cieszyna do Warszawy. W takim pustym polu. W zupełnie bezsensownym miejscu. Z dala ode mnie, i od Niej.

Z Tatą miałem do końca jego życia dobre relacje. Czasem kłóciliśmy się o to czy tamto, ale to nie zakłócało naszej relacji. Tato uwielbiał oglądać u mnie stare filmy i seriale. Głodny też ode mnie nie wychodził.