A ja powtarzam i będę powtarzał z uporem maniaka, dopóki nie zejdę z tego chorego gnojowiska: wasza cholerna „pandemia” to nic innego jak konstrukt socjopolityczny. Gdyby dokładnie ten sam wirus pojawił się jeszcze 10 lat temu, nikt nie zamykałby świata, nie ubezwłasnowolniał ludzi i nie wpierał, że kawałek śmierdzącej szmaty na twarzy to jedyne skuteczne rozwiązanie wszystkich waszych problemów.
W teorie o globalnym spisku akurat rzeczywiście nie ma co brnąć – to byłoby zbyt proste i, paradoksalnie, za optymistyczne, bo znaczyłoby, że ktoś jednak nad tym bardakiem panuje. Tymczasem nie panuje nikt. Tu po prostu działa pewien zbiorowy instynkt, pewien łańcuch wzajemnie się napędzających reakcji. A u podstaw leży coraz silniejszy w cywilizacji zachodniej totalniacki, gardzący ludzką podmiotowością mindset, dla którego „pandemia” jest tylko kolejną okazją do ujawnienia się.
Jedynych „czarnych komnat” doszukiwałbym się może trochę w przysłowiowych koncernach farmaceutycznych, którym na pewno bardzo zależy na zaszczepieniu ludziom paranoicznego lęku o zdrowie, do czego „pandemia” i coraz bardziej mentalnie chiński zachód stwarzają świetną sposobność. Ale to też raczej na zasadzie trafienia się ziarna ślepej kurze. Tylko że takie ziarna będą wyskakiwać co jakiś czas.
Czyli jeśli to dalej się potoczy tym torem, to już do końca życia będziemy utrzymywani w permanentnym stanie wyjątkowym, zwanym dla niepoznaki „nową normalnością”, z krótkimi przerwami na wakacyjny oddech i czasem na wybory, kiedy to ta lub jakaś kolejna „pandemia” magicznie będzie przygasać. Choć też nie za bardzo, żebyśmy, broń Boże, nie zapomnieli, że jest. Fajna perspektywa. Ten, kto żyje, wolnym będzie, kto umiera, wolnym już.
Zostaw komentarz