A gdy już wydawało się, że ten zakątek świata ocaleje, z widłami tryzuba w ręku wkroczył szatan.
Zasiał nienawiść, która wzrosła na kamieniu, a fałszywi prorocy święcili noże, choć Bóg w ikonostanie płakał przerażony nocą.
Kłusowano ludzi, dzieląc ich toporem na dwa narody, chociaż tę samą skalistą ziemię orali przez wieki na co dzień.
Szedł exodus, a za nim bezludne domy porywał potop. Spłynął bieszczadzkich wsi potok ognia i popiołu.
W dali czerwieniały łuny, a gorzki swąd spalenizny dolatywał do wsi.
„Nasi znów giną” – powiedział jeden z gospodarzy. Siedzieli na skraju lasu, czekając na resztę. W tym samym czasie ktoś zapukał do jednej z chat. Tatuś wstał, otworzył drzwi, a mamusia budziła nas i mówiła:
– Wstawajcie, dzieci, będziemy się modlić, bo będziemy umierać.
Baliśmy się bardzo i zaczęliśmy płakać. Ukrainiec powiedział:
– Jak uciekniecie, nie będziecie zamordowani, tylko musicie stąd uciekać, bo my będziemy tu budować Samostijną Ukrainę.
Ojciec złapał za siekierę i krzyknął do matki:
– Zabieramy się stąd, zaraz tu będą!
Ludzie, którzy uciekli, rozpierzchli się w różnych kierunkach. Dokąd uciec z dwójką małych dzieci? Gdzie szukać kryjówki? Wybawieniem okazała się na szczęście pusta gawra. Ojciec wepchnął nas do środka, obłożył wejście gałęziami i zamaskował ściółką. W dziupli spędziliśmy cały dzień i noc.
Rankiem ojciec wyszedł na zwiady, uprzednio dokładnie maskując kryjówkę. Powrócił po kilku godzinach. Domu już nie mieliśmy. Nie było dokąd wracać. Musieliśmy uciekać, nie wiedząc, gdzie. Śmierć mogła czaić się za każdym drzewem. Leśne jagody zaspokoiły głód – nie mieliśmy nic w ustach od dwóch dni. Ojciec szedł pierwszy, rozglądając się bacznie na boki. Mama z siostrą szły kilkanaście metrów z tyłu.
Rodzice postanowili iść do Wołkowyi, gdzie mieszkał ojciec chrzestny mamy. Liczyli, że tam znajdą pomoc. Do wsi dotarliśmy późnym wieczorem. Ojciec ukrył nas w krzakach malin i poszedł na zwiady. Po pół godzinie wrócił z dobrą wiadomością. Mogliśmy niepostrzeżenie wślizgnąć się do stodoły.
Po kwadransie byliśmy pod dachem. W zupełnych ciemnościach ktoś wszedł do środka i zapalił kaganek. Pierwsze, co zobaczyłam, to garnek pełen pierogów i mleko. Kiedy najedliśmy się do syta, wujek oznajmił:
– Nie możemy tu zostać. W każdej chwili mogą nas znaleźć UPA-owcy. Lepiej nie myśleć.
Opatrzność czuwała nad nami. Cały następny dzień spędziliśmy na nasłuchiwaniu stukotu końskich kopyt. Pod wieczór wraz z wujkiem do stodoły wszedł młody chłopak.
– To wasz przewodnik – oświadczył wujek. – Zaprowadzi was bezpiecznie do partyzanckiego oddziału.
Chłopak kluczył leśnymi duktami przez dzikie ostępy. Po kilku godzinach marszu dotarliśmy do partyzanckiego obozu. Takich rodzin jak nasza było tu kilkanaście, wśród nich nasi sąsiedzi – wszyscy, którzy zdołali uratować się z pogromu. Obóz był doskonale strzeżony; dzień i noc czuwały warty.
Ojciec dołączył do oddziału, mama pracowała w kuchni. Przez kilka tygodni żyliśmy partyzanckim trybem. Pewnego dnia do dowódcy przyszedł łącznik – kuzyn taty z Leska, pracujący dla Niemców. Zarządzał folwarkiem zaopatrującym III Rzeszę w żywność. Przy następnej wizycie zaopatrzył rodziców w potrzebne dokumenty.
Znów niepewni jutra udaliśmy się w nieznane. Wieczorem dotarliśmy na miejsce. W zabudowaniach gospodarczych dostaliśmy ciasną komórkę. Ojciec pracował w stajni, mama w ogrodzie, a my kręciłyśmy się wokół kuchni, gdzie zawsze wpadło coś dobrego do jedzenia. Tak minął rok.
Skończyła się wojna. Rosjanie ograbili folwark ze wszystkiego. Rodzice przenieśli się do Sanoka – tu było w miarę bezpiecznie. Ojciec pracował na kolei, a kolejne transporty repatriantów jechały na zachód. Uległ pokusie i namówił mamę na wyjazd. Nasz majątek składał się z kilku walizek i jutowych worków.
Podróż do „ziemi obiecanej” trwała prawie dwa tygodnie. Pociąg zatrzymywał się na różnych stacjach, przepuszczając wojskowe składy. Czasem stawał w polu, wtedy ludzie wychodzili i rwali trawę dla bydła. W końcu dotarliśmy na miejsce – na odrapanej tablicy widniał napis „Opole”. Nastał kres naszej tułaczki.
Wędrowaliśmy przez ulice zasypane gruzem. Mieszkania w centrum były pozajmowane. Dopiero na peryferiach znaleźliśmy domek z ogródkiem. Nikt nie chciał tam mieszkać, bo w dachu była ogromna dziura po bombie, która przebiła strop, lecz nie eksplodowała.
Rodzice postanowili tam zamieszkać. Tata nie był w ciemię bity – już następnego dnia zabrał się za naprawę dachu, a po tygodniu nie było po nim śladu. Domek był naprawdę śliczny: cztery pokoje, łazienka, kuchnia – luksusy, których dotąd nie znaliśmy, do tego piękny ogród. Tata podjął pracę na kolei, mama w szkolnej stołówce.
Mijały lata. Rodzice tęsknili za rodzinnymi stronami. Na początku lat 70. postanowiliśmy spędzić wakacje w Bieszczadach. Po ponad ćwierć wieku stanęliśmy tam, gdzie się urodzili. Kilkanaście godzin jazdy. Wypakowana po brzegi Syrenka zatrzymała się na brzegu zalewu, pod którego taflą była ich wieś – Telesnica Sanna.
Rodzice długo wpatrywali się w toń wody. Na ustronnej polanie rozbiliśmy namiot. Las szumiał tak jak kiedyś, a wspomnienia wracały w pełnej sile. Nazajutrz wraz z rodzicami poszliśmy odnaleźć gawrę, która kiedyś dała nam schronienie. Las zmienił się, zarósł ścieżki dawnych mieszkańców, ale w końcu udało się – stanęliśmy pod sędziwą jodłą.
Ojciec wyciągnął z brezentowego plecaka dwa woreczki, do każdego nabrał kilka garści ziemi.
– Kiedy z mamą odejdziemy, macie rozsypać tę ziemię na naszych mogiłach – powiedział.
Kilkanaście lat później spełniłam jego wolę. Bieszczadzka ziemia użyźniła mogiłę, w której spoczął. Kilka lat później dołączyła do niego mama. I tak spełniona została wola ojca. Odeszli z tej ziemi, lecz nigdy nie wymazali jej z pamięci.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz