Ciężkie czasy mogą nadejść dla pracowników TVN i nie usłyszycie u mnie tryumfalizmu. Jeżeli ktoś chciał oglądać takie, a nie inne programy czy seriale, jeżeli firma potrafiła na tym zarabiać… nic mi do tego. O gustach się nie dyskutuje, a rynek ma swoje prawa.
Mój problem nigdy nie dotyczył samej linii politycznej tej stacji. Media mają prawo do poglądów, a pluralizm jest naturalnym elementem demokracji. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy medium przestaje być obserwatorem życia publicznego, a staje się jego aktywnym uczestnikiem – i to od samego początku swojego istnienia. Wtedy zaciera się granica między informacją a wpływem, między relacją a zaangażowaniem.
Standardy dziennikarstwa w TVN24 od lat budzą wątpliwości wielu odbiorców. Widoczna bliskość części dziennikarskich gwiazd z politykami, wrażenie sympatii wobec aktualnej władzy, obecność reklam instytucji państwowych, a przede wszystkim specyfika rynku reklamowego, który skutecznie ogranicza rozwój mniejszych, niezależnych inicjatyw – wszystko to tworzy obraz środowiska silnie powiązanego z układem polityczno-biznesowym.
Telewizja publiczna z czasów Jacka Kurskiego często przekraczała granice dobrego smaku, stosowała przerysowania i uproszczenia, które wielu odbiorców uważało za propagandę. Jednak nawet tam punktem odniesienia pozostawały fakty – choć podane w sposób tendencyjny i selektywny. W przypadku TVN24 krytycy zarzucają coś więcej: nie tyle interpretowanie rzeczywistości, co jej konstruowanie zgodnie z bieżącą potrzebą polityczną. To już nie jest spór o sympatie redakcji, lecz o podstawowe standardy warsztatu dziennikarskiego.
Chciałbym tylko jednego – prawdy. Chciałbym, aby w przestrzeni publicznej pojawiła się uczciwa rozmowa o jakości pracy części środowiska medialnego, o mechanizmach wpływu, o granicach dopuszczalnej interpretacji faktów. O tym, gdzie kończy się komentarz, a zaczyna manipulacja.
Jeżeli zdarzyłoby się kiedyś, że rozpoznawalne twarze TVN24 musiałyby zweryfikować swoją pozycję poza dużą strukturą medialną, byłby to interesujący test siły ich nazwisk i zaufania odbiorców. Wolny rynek potrafi weryfikować reputacje równie skutecznie jak polityczne sympatie. Skoro w Polsce powstawały już projekty medialne utrzymywane przez odbiorców i sympatyków, nic nie stoi na przeszkodzie, by podobną drogę przeszli także dziennikarze kojarzeni dziś z dużymi stacjami. Wtedy okazałoby się, ile naprawdę warte jest zaufanie widzów.
Bo chyba Moniki Olejnik zaczynającej program od „Szczęść Boże” nikt nie chciałby oglądać.
Zostaw komentarz