Niedaleko naszego uniwersytetu znajduje się tajny Ocean, zakryty przed oczami gapiów i ludzi żądnych sensacji. W odróżnieniu od innych tego typu akwenów, rozległych i takich, co nie uchodzą uwadze nawet geograficznym analfabetom, nasz uniwersytecki, ogrodzony zieloną siatką lekko już zdezelowanym płotem, na zewnątrz jest wielkości solidnej kałuży. Ale za to ma głębię niesamowitą, kilkakrotnie większą od wszystkich oceanów razem wziętych.

Nad brzegiem tego Oceanu znajduje się kilka prowizorycznych domków zbudowanych częściowo z kartonów przywożonych przez Dziekana z Biedronki, częściowo z mchu i paproci, czasem z gliny. Są to pomieszczenia dla pracowników uniwersytetu nie lubiących wygód, ale ceniących sobie święty spokój w pobliżu uniwersytetu. Kilkoro pracowników od lat próbuje tam wędkować ale marny ich trud, bo ryby tłoczą się na głębokości, do której nie sięgają metrażem szpulki z żyłkami. Ryby mają z nich solidną bekę xd :)

Jakiś czas temu nasi astrofizycy nie mogąc polecieć w kosmos, stwierdzili, że jakąś alternatywą jest eksploracja dna naszego Oceanu. Zbudowali solidny batyskaf ze zutylizowanych puszek po Harnasiu i dokonywali kolejnych prób zejścia coraz niżej. Problem w tym, że nawet nie dochodzili do strefy ryb, a puszki, z których zbudowany był batyskaf zaczynały wydawać niepokojące komunikaty. Wtedy batyskaf był wyciągany na powierzchnię, a jego kapitan głośno przeklinał nieudaną kolejną próbę.

Kilka miesięcy później wzmocniono kadłub batyskafu resztkami przetopionego złomu znalezionego w dawnych skupie tegoż przy ulicy Bizonowej.

Wówczas udało się naszym dzielnym naukowcom zejść na poziom oceanu, na którym wpatrywały się w nich ciekawskie ryby.
– Ależ one są piękne, i jakie mięsne. – rozmarzył się młody adiunkt. – I jakie kolorowe.

– Tylko niech pan nie otwiera lekkomyślnie własu do batyskafu bo zginiemy, pogroził kapitan w randze profesora uczelni.
Kilka miesięcy później udało się pozyskać kilka zużytych czołgów z II wojny światowej. Woźny zorganizował w ramach nadgodzin kilkoro portierów i przetopili je w jeszcze mocniejszy kadłub. Tym czasem batyskaf miał już zejść na dno Oceany na głębokości 150 tysięcy kilometrrów. Samo schodzenie miało zabrać 2 tygodnie.
– Ale to i tak nieźle – zauważył miejscowy astrofizyk – bo wyprawy w kosmos trwają miesiącami, a czasem i latami! – podkreślił. – Ja nie mam czasu w życiu, wolę już schodzić na dno. A potem przepiszę się do innej dyscypliny, dla porządku. Do oceanografii!!

Batyskaf wykonał po zejściu na wspomnianą głębokość szereg solidnych badań. I odkrył, że pod dnem Oceanu znajduje się mnóstwo świeżo dodrukowanych pieniędzy.

O tym, jaki był los ekspedycji zmierzającej do wydobycia miliardów dolarów świeżo wydrukowanych, poinformujemy Państwa w kolejnym odcinku.