Kolega PD zainspirował mnie do tego, żeby pomóc moim prawicowym obserwatorom w racjonalnym wyjaśnieniu pojęcia płci oraz dlaczego w przypadku człowieka można racjonalnie mówić wyłącznie o dwóch płciach.

Płeć w biologii NIE JEST CECHĄ organizmu!

W biologii, płeć jest FUNKCJĄ organizmu w kontekście procesu rozmnażania organizmów podlegających rozmnażaniu płciowemu.

Nie ma tutaj sensu wyjaśniać, dlaczego ewolucja doporowadziła do wytworzenia mechanizmu rozmnażania płciowego. Stoją za tym złożone czynniki doboru ewolucyjnego – dość powiedzieć, że rozmnażanie płciowe okazało się bardzo korzystnym sposobem zapewnienia koniecznej zmienności genetycznej u organizmów złożonych.

Chociaż nie zawsze tak jest, to u zdecydowanej większości gatunków, w tym u wszystkich ssaków, zatem też u człowieka natura rozwiązała ten problem wytwarzając dwa rodzaje osobników danego gatunku: jednen rodzaj wytwarza duże, mało ruchliwe komórki płciowe zwana jajami (lub jajeczkami), zaś drugi rodzaj wytwarza małe, ale ruchliwe komórki płciowe zwane plemnikami. Osobniki wytwarzające jajeczka nazywa się w biologi samicami a osobniki wytwarzające plemniki – samcami.

Zatem w przypadku takich organizmów jak ssaki mówimy o tym, że w ramach danego gatunku osobniki dzielą się na takie, które realizują płciową FUNKCJĘ samców i takie, które realizują płciową FUNKCJĘ samic. Możemy też mówić o ROLI, jaką dany typ osobnika odgrywa w rozmnażaniu płciowym.

W wyniku połączenia się jajeczka z plemnikiem dochodzi do połączenia się materiału genetycznego dwóch osobników i powstaje zygota, która przekształca się w embrion, z którego w odpowiednich warunkach rozwija się nowy osobnik danego gatunku zdolny już do samodzielnego życia.

Tyle biologia. Cała reszta, to są już didaskalia.

Aby wytworzyć dany typ komórek płciowych natura doprowadziła do wytworzenia się pewnych cech szczególnych samców i samic zwanych CECHAMI PŁCIOWYMI. Cechami płciowymi są również te elementy dostosowania ewolucyjnego, które pozwalają osobnikom na rozpoznanie roli odgrywanej przez partnera (szeroko rozumiany dymorfizm płciowy).

W przypadku tych gatunków, gdzie rozwój zygoty przebiega w organizmie samicy zwykło się mówić, że jest ona MATKĄ a wówczas dawca plemników jest OJCEM organizmów potomnych.

DOSTOSOWANIE PŁCIOWE obejmuje wówczas również wytworzenie całego aparatu fizjologicznego koniecznego do zapewnienia zygocie odpowiednich warunków do rozwoju, zapewnienie w odpowiednim momencie organizmowi potomnemu możliwości opuszczenia organizmu matki, oraz bardzo często również wytworzenie cech fizjologicznych umożliwiających „odchowanie” młodego po opuszczeniu organizmu matki.

O ile przyroda zna przypadki gatunków, gdzie osobniki mogą występować w różnych rolach płciowych i wytwarzać równocześnie lub naprzemiennie oba rodzaje komórek płciowych, to w przypadku ssaków, do którch należy człowiek nie ma tutaj wątpliwości – rozmnażanie płciowe u ssaków opiera się na funcjach płciowych samców i samic, które po to, aby spełniać te funcje wyposażone są w odpowiedni aparat cech płciowych. Cechy płciowe wynikają z funkcji płciowej a nie odwrotnie. W przypadku ludzi samce, to mężczyzni a samice, to kobiety.

Jak każdy mechanizm – także mechanizm fizjologiczny jest podatny na błędy. Wykształcenie takiej czy innej cechy płciowej może się nie udać, mogą się częściowo wykształcić cechy płciowe stosowne dla innej roli, itd. Niezależnie od tego – w niczym nie zmienia to ogólnego planu jeśli chodzi o funkcje płciowe. Te są tylko dwie: samce i samice. Każdy inny przypadek jest rodzajem patologii – wady rozwojowej, która spełnianie tej roli utrudnia lub uniemożliwia.

Częścią dostosowania ewolucyjnego do wypełnienia funcji płciowej jest popęd płciowy, który należy również rozumieć jako cechę płciową. Nauka od dawna bada występujące często u naczelnych zjawisko homoseksualizmu, czyli popędu płciowego ukierunkowanego na tę samą płeć, która charakteryzuje danego osobnika. Są tu różne poglądy – dla jednych jest to właśnie przypadek wady rozwojowej, dla innych – realizacja innego rodzaju dostosowania ewolucyjnego u zwierząt stadnych, wynikającego z okoliczności społecznego trybu życia danego gatunku.

Zakładając, że tak właśnie jest – przypadki homoseksualizmu u naczelnych są realizacją INNEJ funkcji niż płciowa – nie stanowią osobnej płci, ale raczej są odstępstwami od typowego wzorca cech płciowych w obszarze psychiki. W tym sensie lesbijka nadal jest kobietą a gej – mężczyzną. Lesbijka może zajść w ciążę a gej może być ojcem jej dziecka.

W naukach społecznych od pewnego czasu upowszechniło się jednak pojęcie „płci kulturowej”, czyli tzw. „gender”.

Pojęcie to jest oparte na bardzo bałamutnym postawieniu problemu seksualności, czyli zagadnień związanych z płciowością.

Otóż ci, który stoją za tym pojęciem w pełni zgadzają się ze stwierdzeniem, że seksualność jest kluczowym obszarem życia społecznego, który wyraża się w bardzo wielu elementach kultury. Jednym słowem – potwierdzają OBIEKTYWNOŚĆ fenomenu seksualności. Skoro jednak fenomen ten jest obiektywny, to musi opierać się na obiektywnych rozróżnieniach! Jest oczywiste, że takim obiektywnym rozróżnieniem, jak sama nazwa tego fenomenu wskazuje, jest właśnie płeć i to właśnie płeć biologiczna, bo to ona decyduje o przetrwaniu gatunku.

Zarazem jednak twierdzą równocześnie, że płeć nie powinna być rozumiana jako fenomen obiektywny, ale wręcz przeciwnie – że najbardziej istotne jest tu SUBIEKTYWNE odczuwanie płciowości przez danego osobnika oraz ROLE SPOŁECZNE, jakie osobnik ten spełnia w społeczeństwie ze względu na płeć.

W istocie – mamy tu dwa osobne zagadnienia!

Role społeczne, to jedno a subiektywne odczuwanie własnej płci, to drugie.

Można się zgodzić, że role społeczne są mniej lub bardziej przygodne. Nauce znane są rzadkie społeczności, gdzie mężczyzni siedzieli w domach a kobiety zajmowały się wojaczką, itd. Tak czy inaczej – role społeczne są wyznaczne ze względu na złożone mechanizmy kulturowe a o ich trwałości decydują realne możliwości wynikające z typowych cech danej płci. Społeczności, gdzie kobiety zajmowały się wojaczką nie przetwały, gdyż nie wytrzymały konfliktu ze społecznościami, gdzie wojaczką zajmowali się silniejsi od nich fizycznie mężczyzni. Organizacja społeczeństw to złożone zagadnienie i pewna segregacja ról płciowych jest zjawiskiem typowym. Nawet współcześnie widzimy, że nieograniczone wejście kobiet na rynek pracy w jakiś sposób wiąże się z widocznym spadkiem dzietności. Ktoś może sugerować tu różne instrumenty zaradcze, ale jednak jest to konkretny problem, który nie jest znany w tradycyjnych społeczeństwach patriarchalnych… Nic dziwnego, że w kulturach dysponujących mniejszymi możliwościami niż obecnie nasza podział ról społecznych ze względu na płeć był na ogół dość sztywny i w znacznej mierze decydował o całym ich charakterze.

Tak czy inaczej – uważam, że tak postawiony problem ról społecznych związanych z płcią jest jak najbardziej „w granicach dyskusji”. Nie chcę tu jednak w tym miejscu dyskutować różnych zagadnień szczegółowych w rodzaju polityk parytetowych, różnic prawnych związanych z płcią itd., gdyż nie o tym ta dygresja.

Sęk jednak w tym, że „genderyści” chcieliby w kategoriach „roli społecznej” widzieć też samą płeć, która nabiera u nich bardzo szczególnego charakteru nowego rodzaju esencjalizmu.

Otóż w opartym na psychoanalizie dyskursie genderowym noworodek „nie wie” czy jest mężczyzną czy kobietą, ale wzrastając jest „przysposabiany” do przyjęcia „społecznej roli” kobiety lub mężczyzny. W narracji genderystów czynnik biologiczny jest tak słaby i tak nieznaczny, że jedynie zapewniając dziecku od maleńkości otoczenie całkowicie wolne od „płciowej stygmatyzacji” będzie ono zdolne odnaleźć prawdziwą naturę własnej płciowości i się z nią zidentyfikować. Co więcej – ta „natura” wcale nie musi być zgodna z płcią biologiczną a jeśli w procesie wychowawczym dziecko będzie jednak „stygmatyzowane płciowo”, to zachodzi duże prawdopodobieństwo, że popadnie w sprzeczność między przypisaną mu rolą a tą „prawdziwą naturą”. Co więcej – owa „esencja” płciowości w ogólne nie musi mieć żadnego związku z płcią biologiczną czy nawet popędem płciowym, ale jest „czymś zupełnie innym” – jakby osobnym, efemerycznym rodzajem „tożsamości”, który – zdaniem genderystów – jest dużo ważniejszy niż prosta płeć biologiczna. W szczególności – osoba może się nie poczuwać do żadnej typowej roli płciowej i odczuwać określenie jej jako mężczyznę czy kobietę jako obraźliwe, gwałcące tę jej „prawdziwą” naturę.

W istocie – genderyści uważają, że „gender” jest bardzo szczególną cechą esencjalną, czyli niezmienną, wynikającą z „natury”, która jednak może mieć kompletnie nieokreśloną, efemeryczną charakterystykę. W szczególności tak określona tożsamość może się zmieniać nieomal dowolnie z dnia na dzień: osoba może dziś czuć się mężczyzną, jutro kobietą, pojutrze ani mężczyzną ani kobietą, a dzień później czymś, czego w ogóle nie da się opisać, ale co jednak w jakiś nadzwyczajny sposób pozostaje w relacji do tradycyjnie rozumianych ról płciowych. Stąd mnogość postulowanych przez społeczność LGBTQI+ zaimków, które mają wyrazić te niezwykłe stany psychiczne osoby. De facto – stoi za tym jakaś uzurpacja, żeby cały świat musiał się odnosić do tego, że ktoś danego dnia czuje się „jak masło”, albo „jak zupa” – cokolwiek to znaczy – i właśnie taką charakterystykę przyjmował za najważniejszą w relacjach z tą osobą.

Kompletna miałkość tak pojętego „gendera” wskazuje więc, że w całej tej zabawie wcale nie chodzi o to, żeby „kierując się troską” zwracać uwagę na odczucia danej osoby, ale o to, aby doprowadzić do kompletnego unieważnienia społecznej i kulturowej roli płci biologicznej.

Istotą genderyzmu jest dekonstrukcja pojęcia płci w celu zaprzeczenia jego społecznej sensowności. Te wszystkie dziwaczne zaimki pojawiły się dopiero wówczas, kiedy postępowcy zdali sobie sprawę, że po prostu nie uda się wprost wyeliminować płciowości z życia. Że nie ma woli politycznej, żeby kategoria „płeć” zupełnie zniknęła z języka, z dokumentów i formularzy.

Genderyzm jest wariacką próbą inwalidacji płci i określenia człowieka wyłącznie jako „monady” – bezpłciowego bytu, który funkcje seksualne traktuje już wyłącznie w kategoriach zachcianki, a więc czegoś bez znaczenia. Genderyzm jest zatem radykalnym indywidualizmem, który neguje płciowość a nie nadaje jej jakieś dodatkowe, wzbogacające ją sensy. Genderyzm oznacza uskrajnioną postawę „a jakie ma znaczenie, czy jestem kobietą czy mężczyzną – jestem człowiekiem!”

Postępowcy próbowali się za to zabrać w podobny sposób, jak kiedyś rozprawili się z problemem rasowym. Były czasy, kiedy w USA w aktach urodzenia, aktach małżeństwa, czy nawet w kartach identyfikacyjnych podawano rasę. Dzięki rozwojowi ruchu praw człowieka problem rasowy stał się kluczowy dla społeczeństw Zachodu i z czasem z wymogów podawania takiej charakterystyki zrezygnowano, właśnie z powodu uznania go za rasistowski.

Podobna operacja nie udała się jednak w przypadku płci, napotykając na opór społeczny. Jeszcze w 2020 roku, holenderska minister edukacji, kultury i nauki, Ingrid van Engelshoven, ogłosiła plany usunięcia rubryki dotyczącej płci z dokumentów tożsamości, argumentując, że pozwoli to każdemu na „ukształtowanie swojej tożsamości” w pełnej wolności i bezpieczeństwie. Podobne postulaty formułowano też w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii i Kanadzie. „Zaimkoza” była jak gdyby strategią alternatywną – próbą „rozwodnienia” kategorii płci w morzu nic nieznaczących sztucznych słów.

Genderyzm jest zatem ideologią gnostycką, która widzi materialne ciało człowieka jako „więzienie duszy” wpisaną w dyskurs oświeceniowego, emancypacyjnego indywidualizmu i opakowaną w antydyskryminacyjny język praw człowieka.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że debata społeczna na temat płci i jej znaczenia będzie wracać. Taki jest charakter naszej cywilizacji, że jest głęboko przesycona gnostycyzmem i wszelkimi sposobami stara się „wyrwać człowieka z niewoli materii”.

Zarazem, jest czymś paradoksalnym, że genderyzm wyrósł z feminizmu drugiej fali, której przedstawicielki przywiązywały wielką wagę do doświadczeń cielesności i w doświadczeniach tych dostrzegały ważny element „kobiecości”, odróżniający wrażliwość kobiet od wrażliwości mężczyzn i w ten sposób „poszerzający” i „uzupełniający” spektrum doświadczeń człowieka. Autorki takie jak Luce Irigaray pisały całe rozdziały o tym, jak intymny związek kobiet z ciałem wpływa na perspektywę światopoglądową dodając elementy, które są niedostrzegalne dla mężczyzn. Julia Kristeva wprowadziła do humanistyki pojęcie „chora” oznaczające szczególną, przedsymboliczną przestrzeń związaną z biologicznymi rytmami ciała, takimi jak oddychanie, bicie serca, czy ruchy macicy – przestrzeń, w której psychika dziecka kształtuje się w relacji z matką przed wejściem w patriarchalny porządek symboliczny.

A właśnie te koncepcje legły u podstaw „performatywnej teorii płci” Judith Butler wyłuszczonej w 1990 r. w książce „Gender Troubles”.

Skoro u Kristevej „chora” jako przestrzeń subwersji pozwala na kwestionowanie i przekraczanie norm symbolicznych, to u Butler wskazuje na możliwość subwersji norm płciowych poprzez performatywne działania, które mogą podważać stabilność tych norm, proponując tym samym możliwość zmiany i oporu wobec hegemonii heteronormatywności. Ostatecznie, Judith Butler twierdzi, że płeć jest konstruowana poprzez powtarzalne działania i gesty, a nie jest wrodzona czy naturalna.

A skoro tak – to może być czymkolwiek, co zostanie w ten sposób „skonstruowane”.

To, co miało dać kobietom więcej miejsca w kulturze, umocnić dyskurs kobiecy i nadać mu pozycję równorzędną wobec dominującego „dyskursu patriarchalnego” de facto wymazało kobiecość i męskość jako pojęcia zbyteczne a na ich miejsce podstawiło „queerowe” farmazony, z którymi mamy dziś tyle kłopotu.