Historię weksli MEFO czasem podaje się jako dowód na to, że państwo dodrukowujące własną walutę potrafi błyskawicznie pokonać kryzys i zlikwidować bezrobocie. W latach trzydziestych XX wieku Niemcy borykały się z brakiem kapitału i pustymi fabrykami. Gospodarkę rozruszano dzięki specjalnej spółce emitującej papiery wartościowe, których wykup gwarantował rząd. Taki zabieg pozwalał ukryć gigantyczne wydatki na zbrojenia i przesunąć rachunek w przyszłość, całkowicie poza oficjalnym budżetem. Podobne sztuczki księgowe stosuje się na świecie do dziś.

Pieniądz to tylko narzędzie, a nie surowce

Sam banknot nigdy nie zbuduje samolotu ani nie wydobędzie węgla. Kredyt pomaga uruchomić puste fabryki, jednak w żaden sposób nie tworzy nowych surowców ani wykwalifikowanych pracowników. Państwo zyskuje po prostu prawo do przejęcia istniejących zasobów. Ma to sens w przypadku inwestycji w elektrownie, które z czasem przynoszą zyski. Produkowanie czołgów i bombowców sztucznie podnosi statystyki gospodarcze, z czego zupełnie nie wynika wzrost poziomu życia obywateli. Skierowanie surowców na sprzęt wojskowy oznacza bezpośredni brak stali na produkcję torów kolejowych, traktorów czy zwykłych samochodów.

Mit pustych fabryk i cudownego zatrudnienia

Ożywienie w Niemczech zaczęło się jeszcze przed wprowadzeniem weksli MEFO. Spadek bezrobocia wynikał w dużej mierze ze sztuczek statystycznych: obowiązkowej służby wojskowej, wyrzucania kobiet z pracy oraz dyskryminacji Żydów. W kraju bardzo szybko pojawiły się fizyczne braki wykwalifikowanych inżynierów, energii i materiałów. Państwo musiało wprowadzić drastyczne ograniczenia w handlu, boleśnie uświadamiając sobie, że o ile banknoty da się łatwo wydrukować, o tyle rudy żelaza wyczarować się nie da.

Gospodarka pełna przymusu

Wcześniejszy kryzys w czasach Republiki Weimarskiej wynikał wprost ze sztywnych płac, potężnych karteli i odgórnych ingerencji urzędników w rynek. Rząd najpierw psuł gospodarkę regulacjami, a potem używał wywołanych problemów do uzasadniania kolejnych interwencji. W III Rzeszy wprowadzono ostatecznie model gospodarki przymusowej. Przedsiębiorcy zachowali własność fabryk wyłącznie na papierze, stając się w praktyce posłusznymi wykonawcami rozkazów rządu, który odgórnie dyktował ceny, dostawców i pensje. Weksle MEFO zadziałały skutecznie głównie dlatego, że obywatele zostali zamknięci w systemie bez możliwości ucieczki ze swoimi oszczędnościami za granicę.

Brak informacji o prawdziwych potrzebach

Utożsamianie rosnącej produkcji ze wzrostem bogactwa to iluzja, znana doskonale z czasów PRL-u. Obywatele woleliby kupić mieszkania, meble czy mięso, podczas gdy rząd wolał budować myśliwce. Zmuszenie połowy społeczeństwa do kopania rowów, a drugiej do ich zasypywania zlikwidowałoby bezrobocie, dając jednocześnie zerowy przyrost dobrobytu. Rynkowe ceny działają jak naturalny system informacji o potrzebach ludzi. Państwo, zamrażając ceny, całkowicie niszczy ten kompas. Prywatny przedsiębiorca ryzykujący własnymi pieniędzmi bankrutuje w razie pomyłki. Urzędnik po prostu podnosi podatki lub dodrukowuje pieniądze, przerzucając koszty swoich błędów na całe społeczeństwo.

Zabójcza siła państwowego monopolu

Zwolennicy całkowitej kontroli państwa nad walutą zakładają, że rząd zawsze znajdzie środki na swoje cele. Nowo wydrukowane pieniądze pozwalają jednak państwu jedynie na przelicytowanie prywatnych nabywców w walce o i tak ograniczone surowce. Główny problem polega na tym, że o wydatkach decydują politycy dysponujący policją i przymusem podatkowym. Zamknięcie obywateli w jednym państwowym systemie walutowym pozbawia ich jakiejkolwiek możliwości ucieczki przed skutkami inflacji.

Współczesne przykłady centralnego planowania

Dzisiaj podobne mechanizmy widać w Chinach, gdzie państwo latami pompowało kredyty w budowę pustych miast. Powstawał potężny, betonowy wzrost gospodarczy, z którego ostatecznie nikt nie korzystał. W Polsce rządy również wyprowadzają ogromne wydatki poza budżet, używając do tego specjalnych państwowych funduszy lub sztucznego przeszacowywania wartości złota w banku centralnym. Takie księgowe zabiegi nigdy nie likwidują prawdziwych kosztów spadających na podatników. Ochroną przed tego typu praktykami stają się dzisiaj nowoczesne technologie. Kryptowaluty oparte na jawnym kodzie pozwalają obejść przymusowy system, ponieważ żaden polityk nie potrafi nakazać ich dodrukowania z powodu wojny.

Kryptowaluty i powrót konkurencji walutowej

W przeszłości państwo z łatwością niszczyło każdą konkurencję dla swojej waluty. Wystarczyło zamknąć skarbiec prywatnego banku albo, jak w USA w 1933 roku, przymusowo odebrać obywatelom złoto. Fizyczny pieniądz zawsze miał jakiś adres, pod który można było wysłać policję. Współczesna technologia całkowicie zmieniła zasady gry. Kryptowaluty opierają się na jawnym kodzie informatycznym i nie mają centralnego biura, które rząd mógłby zlikwidować. Ich emisja zależy od matematyki, a nie od decyzji urzędników. Nikt nie może nakazać dodrukowania Bitcoinów z powodu nowej wojny. Technologia blockchain przywraca na rynek niezwykle ważny mechanizm konkurencji walutowej. Jeśli obywatele mogą swobodnie odrzucić tracący na wartości państwowy pieniądz i przenieść oszczędności do innej waluty, politycy natychmiast ponoszą konsekwencje swoich gospodarczych błędów.

Prawdziwa lekcja z historii gospodarki

III Rzesza udowodniła ponad wszelką wątpliwość, że państwo dysponujące aparatem przymusu potrafi błyskawicznie skoncentrować całe bogactwo kraju na jednym wybranym celu politycznym. Z tego faktu zupełnie nie wynika jednak przewaga centralnego planowania. Polityk potrafi jednym dekretem wykreować pusty pieniądz i wymusić dowolną produkcję. Wyłącznie wolny rynek, dzięki milionom dobrowolnych transakcji zwykłych ludzi, posiada niezbędną wiedzę o tym, co naprawdę warto produkować.