WSZAK I KLOC

Opowieść Dziada Borowego o Jal’inie

Wszak i Kloc jechali quadem z Wólki Nurzeckiej do Zubacz. Droga wiła się przez las, aż nagle minęli stary znak:
„Uroczysko Jal’ina”.

— Ej, widziałeś to? — mruknął Kloc, wskazując na tablicę.

Między drzewami dostrzegli znajomą sylwetkę — Dziada Borowego, który czegoś szukał w lesie.
Wszak ostro zahamował.

— Siemanko, Borowy Dziadku! Na grzyby wiosną się wybrał?

Dziad wyprostował się powoli, otrzepał ręce i spojrzał na nich spod krzaczastych brwi.

— Wiosną zbieram „uchnali”, czyli smardze — odparł. — Ale dziś nie po to tu przyszedłem. Szukam płaczącej jodły… Jaliny. Od niej nazwano to uroczysko. Słyszycie?

Chłopaki zamilkli.

Las nagle zaszumiał inaczej niż zwykle. W tym szumie było coś dziwnego… jakaś tęsknota. Smutek.
A gdy dobrze się wsłuchać — gdzieś daleko dało się słyszeć ciche… łkanie.

— Słyszycie? — szepnął Dziad. — To Jalina. Co roku, na początku wiosny, opłakuje swojego ukochanego…

— Jakieś starodawne love story, co? — zapytał Kloc.

— Coś w tym rodzaju… — westchnął Dziad. — Ale to historia tragiczna.

Usiedli na zwalonym pniu, a Dziad Borowy zaczął opowieść.

Dawno temu, na terenach dzisiejszych Jancewicz, stał gród, w którym mieszkał książę ze swoją rodziną.

Jego córka — Jalina — zakochała się… i to z wzajemnością… w Janku.

Ale Janek nie był możnym panem.
Pochodził z drobnej szlachty zagrodowej — zwanej „półpankami”.

Rodzice Jaliny uznali to za mezalians i postanowili się go pozbyć.

— Wynoś się! — kazali.

Ale Janek stanął dumnie i powiedział:
— W Rzeczypospolitej szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie.

Dziad Borowy splunął w bok.

— Piękne słowa… ale możni mieli swoje sposoby.

Przypomnieli Jankowi, że jako szlachcic musi brać udział w pospolitym ruszeniu.
A dzięki swoim układom dopilnowali, by trafił tam… gdzie nie było powrotu.

— Czyli jak dziś… — westchnął Wszak. — Niby wszyscy równi, ale ten z kasą i układami może zniszczyć biedaka…

— Na układy nie ma rady — dodał Kloc

Dziad kiwnął głową.

— Zniszczyli ubogiego szlachcica… ale największą krzywdę wyrządzili własnej córce.

Gdy Jalina dowiedziała się o śmierci Janka…
…oszalała z rozpaczy.

Płakała tak długo i tak gorzko, że z jej oczu płynęły całe strumienie łez.

Uciekła do lasu i już nigdy nie wróciła.

Z czasem… przestała być człowiekiem.

— Mówią, że zamieniła się w jodłę — szepnął Dziad. — Płaczącą jodłę…

Jej łzy zaczęły zalewać okolicę.
Powstało mokradło, które nazwano Uroczyskiem Jal’ina.

Ale zanim zniknęła na dobre…
— …przeklęła swoich rodziców.

I klątwa się spełniła.

Na gród spadły choroby, plagi i nieszczęścia.
Szczury, pluskwy, głód…
Służba uciekła.

W końcu książęca rodzina zaczęła cierpieć niedostatek.

Próbowali wszystkiego: dawali na msze, postawili krzyż, wezwali egzorcystę.
Nic nie pomagało.

Aż w końcu… Jalina przemówiła.

Zażądała, by padli na kolana przy grobie Janka i poprosili go o przebaczenie.
I żeby trzy razy powtórzyli:
„Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”

Długo się opierali…
Ale w końcu pycha pękła.

Zrobili, co kazała.
I wtedy… wszystko ucichło.

Dziad Borowy spojrzał w głąb lasu.

— Od tamtej pory panuje spokój…
Ale co roku, na wiosnę… znów słychać jej płacz.

Zapadła cisza.

— No powiem ci… — odezwał się Wszak. — Lepsze niż Romeo i Julia

Kloc pokiwał głową.

— I jaka nauczka… dla tych, co myślą, że mogą wszystko.

Dziad Borowy uśmiechnął się lekko.

— Bo pamiętajcie, chłopcy…
Pycha wcześniej czy później zawsze dostaje po korzeniach.

A gdzieś w oddali… znów rozległo się ciche łkanie…