Erich Maria Remarque „Noc w Lizbonie”, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2015.
Historia naprawdę lubi się powtarzać.
Artykuły wstępne w obu pismach przeraziły mnie. Podsycały rządzę krwi, były zakłamane i aroganckie. Świat poza Niemcami jawił się w nich jako zakłamany i głupi, nadawał się jedynie do tego, by zajęły go Niemcy. Nie były to pisma lokalne, dawniej miały dobrą reputację. To niesłychane, jak zmieniła się w nich nie tylko treść, ale i styl.
Obserwowałem swego sąsiada przy stoliku. Jadł, pił i czytał gazetę z wyraźną przyjemnością. Rozejrzałem się dookoła. U nikogo z czytających nie zauważyłem oznak obrzydzenia: widocznie przywykli już do swej codziennej strawy duchowej tak samo jak do piwa.
(…) Mój wstręt był dotychczas spokojną abstrakcyjną bryłą. To, co się stało, wszystko mnie sparaliżowało i zamieniło w kamień. Nie czułem potrzeby poddania tego uczucia szczegółowej analizie, a właściwie się tego bałem.
Teraz, nagle, zaczynały przemawiać do mnie rzeczy, które budziły wstręt (…)
(…) prawie wszyscy pasażerowie byli zwyczajnymi ludźmi rozmawiającymi o codziennych sprawach, podobne rozmowy słysz alem też we Francji i w Szwajcarii – o pogodzie, żniwach, wydarzeniach dnia i strachu przed wojną. Bali się jej i jak za granicą panowało przekonanie, że chcą jej Niemcy, tak tutaj słyszałem, że prze do niej właśnie zagranica. Prawie każdy był za pokojem, jak zwykle tuż przed katastrofą.
(…) Słyszałem, że ktoś przemawia, więc zacząłem się rozglądać za mówcą, ale go nie dostrzegłem. Po chwili zauważyłem oświetlony czarny głośnik, który stał na pustym podium. Mechaniczny głos z czarnej skrzynki krzyczał o prawie do odzyskania wszystkich ziem niemieckich, o powiększeniu Niemiec, o odwecie i o tym, że świat będzie miał zapewniony pokój, jeśli zrobi to, czego chcą Niemcy, i że tak jest sprawiedliwie.
Znowu zrobiło się wietrznie, kołyszące się gałęzie drzew rzucały niespokojne cienie na twarze ludzi, wrzeszczące pudło i ciche kamienne rzeźby na ścianie kościółka w głębi, przedstawiające Chrystusa i dwóch łotrów na krzyżach. Na twarzach słuchaczy malowało się skupienie i uduchowienie. Wierzyli w to, co wykrzykiwało do nich czarne pudło. Dla tej osobliwej hipnozy, która tu panowała, znamienne było to, że ludzie oklaskiwali przedmiot – coś, co nie mogło ich słyszeć ani widzieć – jak człowieka.
Również mnie wydało się to znamienne dla pustego, mrocznego opętania naszych czasów, bojaźliwie i histerycznie podążających za hasłami, bez względu na to, czy głosi je ktoś z prawa, czy z lewa. Byle tylko uwalniał masy od uciążliwego myślenia i odpowiedzialności za to, czego się obawiają, a przecie nie mogą uniknąć.
Zostaw komentarz