„W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem”. — List do Efezjan 1,4
Czy zastanawialiśmy się kiedyś, co tak naprawdę oznaczają te słowa? I czy mają one coś wspólnego z naszym codziennym życiem, z naszymi sąsiadami, rodzinami i społecznością, w której mieszkamy?
Można przeczytać ten werset w kościele, wysłuchać kazania i wrócić do domu. Można uznać go za piękne zdanie zapisane w Biblii. Ale można również spróbować spojrzeć na niego inaczej — przez pryzmat własnej wsi, ulicy, sąsiedztwa i ludzi, których spotykamy każdego dnia.
Bo jeśli wierzymy, że Bóg zna człowieka i jego wartość, to czy możemy jednocześnie traktować drugiego człowieka tak, jakby był nikim?
Bóg nie wybiera człowieka po pozycji społecznej
Święty Paweł pisze, że Bóg wybrał nas przed założeniem świata. To niezwykła perspektywa. Zanim pojawiły się nasze domy, drogi, granice państw i podziały społeczne, człowiek już był częścią Bożego zamysłu.
Nie chodzi o to, że każdy z nas jest bezbłędny. Nie chodzi też o przekonanie, że możemy robić wszystko, co nam się podoba. Chodzi o to, że ludzkiej godności nie powinno się mierzyć pieniędzmi, wykształceniem, stanowiskiem ani popularnością.
Pomyślmy o naszej wsi.
Mieszkają w niej ludzie zamożni i biedniejsi. Są osoby wykształcone, pracownicy fizyczni, rolnicy, przedsiębiorcy, emeryci i ludzie, którym życie nie ułożyło się tak, jak planowali. Są rodziny szczęśliwe, ale również takie, które przeżywają trudności, chorobę, samotność albo problemy finansowe.
Czy każdy z tych ludzi zasługuje na szacunek?
Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, powinniśmy zadać sobie kolejne pytanie: czy rzeczywiście tak postępujemy?
Łatwo mówić o chrześcijańskich wartościach. Trudniej okazać je człowiekowi, którego nie lubimy, z którym się nie zgadzamy albo którego sytuacji życiowej nie rozumiemy.
A przecież właśnie wtedy sprawdza się prawdziwa wartość naszych deklaracji.
Wieś to nie tylko domy. To wspólnota ludzi.
Każda wieś ma swoją historię. Są w niej domy budowane przez poprzednie pokolenia, drogi, którymi mieszkańcy chodzili do pracy, miejsca spotkań i wspomnienia, których nie znajdziemy w żadnej kronice.
Ale prawdziwa historia wsi nie składa się wyłącznie z budynków. Tworzą ją ludzie i ich wzajemne relacje.
To sąsiad, który zauważy, że starsza osoba od kilku dni nie wychodzi z domu.
To człowiek, który bez rozgłosu pomoże rodzinie znajdującej się w trudnej sytuacji.
To ktoś, kto odwiedzi chorego, poda rękę samotnemu albo zapyta drugiego człowieka, czy wszystko u niego w porządku.
Takie gesty nie trafiają na pierwsze strony gazet. Nikt nie wręcza za nie medali. A jednak właśnie one mogą decydować o tym, czy ktoś czuje się częścią wspólnoty, czy pozostaje w niej zupełnie sam.
Jeśli wierzymy, że każdy człowiek ma wartość w oczach Boga, powinniśmy zastanowić się, czy potrafimy tę wartość dostrzec również w naszych sąsiadach.
Nie tylko w tych, z którymi utrzymujemy dobre relacje.
Również w tych, z którymi od dawna nie rozmawiamy.
A co z obojętnością, plotkami i wzajemną niechęcią?
Nie ma chyba miejscowości, w której wszyscy zgadzaliby się ze sobą we wszystkim. Wszędzie pojawiają się różnice zdań, konflikty rodzinne, spory o sprawy lokalne i nieporozumienia między sąsiadami.
Samo istnienie konfliktów nie oznacza jeszcze, że wspólnota jest zła. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestajemy widzieć w drugim człowieku człowieka.
Gdy zamiast rozmowy wybieramy plotkę.
Gdy zamiast zapytać o prawdę, powtarzamy zasłyszane oskarżenia.
Gdy czyjeś nieszczęście staje się dla nas powodem do drwin.
Gdy człowiek, który popełnił błąd, zostaje przekreślony na zawsze, bez możliwości poprawy.
Czy właśnie tak powinna wyglądać społeczność, w której wielu ludzi deklaruje przywiązanie do chrześcijaństwa?
List do Efezjan nie mówi, że mamy udawać, iż zło nie istnieje. Nie nakazuje nam również zgadzać się ze wszystkim i ze wszystkimi. Przypomina jednak o powołaniu do świętości.
A świętość w codziennym życiu nie zawsze oznacza wielkie czyny. Czasem zaczyna się od powstrzymania złośliwego komentarza, uczciwego przedstawienia faktów, przeproszenia za krzywdę albo wyciągnięcia ręki do człowieka, z którym pozostajemy w konflikcie.
Nie każdy spór da się rozwiązać. Nie każdą relację da się odbudować. Możemy jednak zdecydować, czy będziemy świadomie pogłębiać podziały.
Czy potrafimy dostrzec człowieka, zanim go ocenimy?
Współczesne społeczeństwo często ocenia ludzi bardzo szybko.
Patrzymy na czyjś wygląd, sytuację finansową, przeszłość, sposób wypowiadania się albo decyzje, których nie rozumiemy. Niekiedy na tej podstawie budujemy opinię, nie znając nawet połowy historii drugiego człowieka.
A przecież za zamkniętymi drzwiami każdego domu może kryć się rzeczywistość, o której sąsiedzi nie mają pojęcia.
Ktoś, kto wydaje się nieprzyjemny, może zmagać się z samotnością.
Ktoś, kto stracił pracę, może każdego dnia zastanawiać się, jak utrzymać rodzinę.
Ktoś, kto przestał pojawiać się wśród ludzi, może przeżywać żałobę albo walczyć z chorobą.
Nie oznacza to, że mamy usprawiedliwiać każde zachowanie. Oznacza jedynie, że zanim wydamy wyrok, warto spróbować zrozumieć.
Słowa świętego Pawła przypominają nam, że człowiek nie jest przypadkowym elementem świata. W chrześcijańskim rozumieniu jest osobą, która ma swoją godność i powołanie.
Jeżeli naprawdę w to wierzymy, nie możemy traktować bliźniego jak przeszkody, rywala albo kogoś gorszego od nas.
Wybrani do czego?
Werset z Listu do Efezjan nie kończy się na słowie „wybrał”. Święty Paweł wyjaśnia, jaki jest cel tego wybrania: abyśmy byli święci i nieskalani przed Bogiem.
To ważne rozróżnienie.
Nie chodzi o przekonanie, że jesteśmy lepsi od innych, ponieważ należymy do określonej wspólnoty religijnej. Nie chodzi o wywyższanie się nad ludźmi, którzy myślą inaczej lub nie podzielają naszej wiary.
Boże wybranie jest w tym fragmencie związane z powołaniem do życia, które odpowiada Bożej woli.
Można więc zadać sobie pytanie: co oznacza ono w praktyce?
Może oznaczać uczciwość wtedy, gdy łatwiej byłoby skłamać.
Może oznaczać obronę człowieka niesprawiedliwie oskarżanego.
Może oznaczać troskę o starszych, chorych i samotnych.
Może oznaczać sprzeciw wobec krzywdzenia słabszych, nawet jeśli wymaga to odwagi.
Może wreszcie oznaczać przyznanie się do własnego błędu.
Nie musimy codziennie dokonywać wielkich rzeczy. Możemy jednak codziennie podejmować małe decyzje, które pokazują, jakimi ludźmi naprawdę jesteśmy.
Zacznijmy od własnego podwórka
Czasami łatwiej mówić o problemach całego świata niż zauważyć te, które istnieją tuż obok nas.
Dyskutujemy o polityce, oceniamy decyzje władz, komentujemy wydarzenia w kraju i za granicą. Tymczasem kilka domów dalej może mieszkać człowiek, który od tygodni z nikim szczerze nie rozmawiał.
Może być obok nas rodzina, której brakuje pieniędzy na podstawowe potrzeby. Może mieszkać samotny senior, któremu coraz trudniej zrobić zakupy. Może być sąsiad, z którym od lat pozostajemy w konflikcie, choć już nawet nie pamiętamy, od czego wszystko się zaczęło.
Nie rozwiążemy wszystkich problemów świata. Nie jesteśmy również odpowiedzialni za każdą decyzję drugiego człowieka.
Możemy jednak zacząć od tego, na co mamy wpływ.
Od rozmowy.
Od zainteresowania się losem drugiego człowieka.
Od pomocy, której nie trzeba ogłaszać całej wsi.
Od uczciwości w sprawach wspólnych.
Od budowania takiej społeczności, w której nikt nie musi udawać, że wszystko jest w porządku, tylko dlatego, że boi się oceny innych.
To nie jest naiwność. To próba potraktowania własnych przekonań poważnie.
Na zakończenie: co Bóg zobaczyłby w naszej wspólnocie?
„W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata” — te słowa nie są jedynie opowieścią o odległej przeszłości. Są również zaproszeniem do zastanowienia się nad tym, jak żyjemy dzisiaj.
Nie wiem, jak wyglądałaby ocena naszej wsi, gdybyśmy spojrzeli na nią nie przez pryzmat liczby mieszkańców, nowych domów czy lokalnych inwestycji, ale przez sposób, w jaki traktujemy siebie nawzajem.
Czy potrafimy pomagać bez oczekiwania wdzięczności?
Czy umiemy przyznać, że ktoś, z kim się nie zgadzamy, również zasługuje na szacunek?
Czy interesuje nas los człowieka, który nie może nam niczego zaoferować?
Czy potrafimy rozmawiać o problemach wspólnoty bez upokarzania tych, którzy mają inne zdanie?
I wreszcie: czy nasze chrześcijaństwo jest widoczne również poza murami kościoła?
Nie chodzi o to, abyśmy stali się ludźmi bez wad. Chodzi o to, abyśmy nie przestawali nad sobą pracować.
Może właśnie od tego powinno zaczynać się odnowienie każdej małej ojczyzny — nie od wielkich deklaracji, ale od zmiany sposobu, w jaki patrzymy na drugiego człowieka.
Bo jeśli Bóg widzi w człowieku wartość, zanim my zdążymy go ocenić, to może również my powinniśmy nauczyć się najpierw dostrzegać człowieka, a dopiero później jego błędy, poglądy i słabości.
A wtedy słowa zapisane w Liście do Efezjan przestaną być jedynie fragmentem Biblii. Staną się pytaniem, na które każdy z nas musi odpowiedzieć własnym życiem.
Zostaw komentarz