Polityka przestała być sporem o państwo. Stała się przemysłem emocji. Krzyk, strach, pogarda – to dziś paliwo całego systemu. A zwykły człowiek siedzi w tym jak w smogu. I coraz więcej ludzi mówi jedno zdanie: mamy tego serdecznie dość. Jesteśmy zwyczajnie zmęczeni. Nie zmęczeni pracą, nie codziennością. Zmęczeni polityką, która wlazła wszędzie. Do telewizora, do telefonu, do rozmów przy stole, do rodzinnych spotkań.

Człowiek włącza wiadomości i dostaje kolejną porcję jadu i szczucia. Otwiera internet i znowu to samo. Polityczna wojna totalna.

To już dawno przestała być normalna polityka. To jest system emocjonalnego przeciążenia społeczeństwa.

Mechanizm jest prosty i znany psychologom. Kiedy ludzie są nieustannie bombardowani konfliktem, zaczynają reagować skrajnie.

Jedni się radykalizują, krzyczą jeszcze głośniej niż politycy. Inni uciekają i mówią: mam tego dość. Jeszcze inni wpadają w cynizm i dochodzą do wniosku, że wszyscy są siebie warci.

I dokładnie w takim stanie znajduje się dziś Polska. Bo jeśli sędziowie przestają mówić językiem prawa, dziennikarze językiem faktów, a politycy językiem odpowiedzialności, to powstaje jedna wielka emocjonalna papka. Każdy krzyczy, każdy oskarża, każdy jest święty we własnych oczach. W efekcie państwo zamienia się w gigantyczne studio telewizyjnej awantury.

Najgorsze jest jednak coś innego. Ta atmosfera zaczyna działać jak psychologiczna trucizna. Człowiek żyjący w ciągłym konflikcie zaczyna być zmęczony, rozdrażniony, nieufny. Zaczyna podejrzewać każdego o złe intencje. Społeczeństwo powoli traci zdolność normalnej rozmowy.

I wtedy pojawia się paradoks.
Im bardziej politycy podkręcają emocje, tym bardziej zwykli ludzie mają tego wszystkiego dość. Bo normalny człowiek chce po prostu żyć. Pracować, wychowywać dzieci, mieć trochę spokoju. Nie żyć w permanentnym politycznym reality show.

Dlatego w Polsce rośnie coś, czego w studiach telewizyjnych nie widać. Zmęczenie wojną plemion.
Bo można ludzi skłócić przez jakiś czas. Można ich podzielić. Można ich zasypywać propagandą.
Ale nie da się w nieskończoność zmuszać całego społeczeństwa do życia w atmosferze politycznej histerii.

W pewnym momencie ludzie po prostu wyłączają telewizor, odkładają telefon i mówią jedno krótkie zdanie:
mamy już tego serdecznie dość. To jest jak kloaka.

I właśnie wtedy zaczyna się coś, czego politycy najbardziej się boją.
Moment, w którym społeczeństwo przestaje słuchać ich krzyków. I patrzy na nich z obrzydzeniem i pogardą. Też tak macie?