To miasto zobaczyłem po raz pierwszy w latach 90. ubiegłego wieku. I od razu się w nim zakochałem. Miało ono w sobie jakiś niesamowity magnetyzm i siłę duchową. Miałem wówczas nieco ponad 20 lat i chodziłem po Lwowie jakbym znał to miasto od lat. Jakbym się w nim urodził.
Moja rodzina miała przed II wojna światową kamienicę we Lwowie, nieopodal Akademii Medycznej, po drodze na Łuczaków. Super miejscówka, ale już nie nasza. Trochę żal, ale… Nawet nie bardzo wiadomo do kogo mieć pretensję o to.
Lwów wielokrotnie złaziłem wzdłuż i wszerz. To magiczne miasto. Zaczarowało mnie całkowicie. Rozmawiałem i z Polakami, i z Ukraińcami, a nawet z Węgrami i Czechami. Dla nich wszystkich to była taka mikroojczyzna. Takie środkowoeuropejskie panoptikum.
Mentalnie czuję się Lwowiakiem. Po dziadku, którego zasrani komuniści skatowali w więzieniu zanim mnie poznał. Wiem, że Dziadek chciał mi wiele powiedzieć, ale nie zdążył. Nadrabiam to wyobraźnią jaką mam po nim.
Bardzo chciałbym, aby Lwów stał się kiedyś jaśniejącym na cały świat pomnikiem pojednania polsko-ukraińskiego.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz