To jest opowieść o wejściu w Solidarność nie z wielkich trybun, lecz z prowincjonalnego szpitala psychiatrycznego, gdzie historia działała inaczej: przez kajaki, przez kolporterów, przez kierowców karetek, przez tablicę informacyjną, która stała się lokalnym „Dziennikiem Telewizyjnym wolności”. I przez paradoks — że władza miała swoich TW nawet tam, gdzie ludzie wierzyli, że wreszcie są u siebie. AL

To był fascynujący — nie tylko w moim życiu — okres: początek Karnawału Solidarności, który trwał bez mała przez półtora roku. Pod koniec sierpnia wróciliśmy z przyjacielem ze spływu, bodajże ze szlaku Rospudy oraz Jezior i Kanału Augustowskiego. Prawie miesiąc, cały urlop, nie było mnie w domu. O tym, że w Polsce aż wrzało, bo kolejne załogi dużych zakładów, zwłaszcza stoczniowych w Gdańsku i Szczecinie, strajkowały, a kolejarze w Kraśniku Lubelskim przyspawali do szyn koła wagonów towarowych wywożących żywność z Polski do ZSRR — nic nie wiedzieliśmy.

W tamtych czasach panowała zapaść technologiczna, zwłaszcza w zakresie komunikowania się. Zamiejscowe rozmowy telefoniczne trzeba było zamawiać w urzędach pocztowych albo u sąsiada, który był ormowcem albo sekretarzem PZPR. W sytuacjach kryzysowych radio nadawało w okresie letnim komunikaty dla beztroskich urlopowiczów, że coś w ich domu się źle dzieje. Jak już wspominałem, obaj z przyjacielem byliśmy w lokalnej, pewnego rodzaju, grupie liderów kontestacji absurdów ustroju, więc nasz powrót zaowocował ożywioną dyskusją nad aktualną wtedy sytuacją.

Przez kontakty z kolporterami bezdebitowych wydawnictw, o co nas inwigilowała już od 1978 roku Służba Bezpieczeństwa, zaczęliśmy mieć dostęp do konspiracyjnej „bibuły”, a także — poprzez regularny nasłuch Radia Wolna Europa i innych polskojęzycznych rozgłośni — mieliśmy coraz więcej informacji. Również szczególnie aktywną grupą zawodową byli kierowcy z szpitalnej kolumny transportu sanitarnego, którzy na bieżąco przekazywali, co się w stolicy województwa dzieje. Jakie tam panują nastroje — a nastroje były nieomal rewolucyjne.

Przewodzili im znowu kierowcy, ale z wojewódzkiej kolumny transportu sanitarnego. Ich niewątpliwym liderem był Bogusław Bardon.
W tej dosyć niejasnej dla członków Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia, sfederowanego z centralą wszystkich związków OPZZ, postanowiono na zapowiedziane w Warszawie posiedzenie tej centrali wysłać mojego przyjaciela Antoniego Junoszę Szaniawskiego, który pełnił funkcję wiceprzewodniczącego Rady Zakładowej.

Tu muszę wyjaśnić, skąd u przyjaciela wzięło się to zaangażowanie w działalność reżimowych związków zawodowych. A to wszystko przez kajaki. Cztery lata wcześniej założyliśmy w szpitalu, jako sekcję związku, klub kajakowy „Majak”.

Protektorat związku zapewnił zakup sześciu kajaków składanych, na których kupno nie byłoby nas stać. No i Antek musiał we władzach związkowych pilnować wodniackiego interesu.

W Warszawie, podczas burzliwych obrad wspomnianego OPZZ, część branż związkowych postanowiła przystąpić do Solidarności. Przyjaciel jako oficjalny emisariusz zapisał do Solidarności Radę Zakładową Szpitala. W celu potwierdzenia tego faktu przez członków związku zwołano w sali miejscowego kina zebranie, podczas którego zbierano osobiste deklaracje przystąpienia do Solidarności, co równoznaczne było z wystąpieniem z dotychczasowego, nadzorowanego przez reżim ZZPSZ. Wybrano także władze nowego związku.

To już była połowa września, ludzie powrócili z urlopów i zaczęli się zapisywać. Szczególnie ochoczo — na polecenie partii — zrobili to członkowie PZPR. A tego, że cały ten niby oddolny ruch odbywał się pod nadzorem Służby Bezpieczeństwa, dowiedziałem się trzydzieści lat później.

Wybrano na przewodniczącą KZ magistrę farmacji, która — jak wynika z udostępnionych nam trzydzieści lat później przez IPN dokumentów — była TW Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Wesoła”, zaangażowaną do rozpracowywania działających w szpitalu psychiatrycznym od roku 1988 Antoniego i mnie, jako jego współpracownika — nielegalnych kolporterów konspiracyjnej bibuły, przy tym niebezpiecznych dla ustroju wichrzycieli. Moja sytuacja pracownicza w szpitalu psychiatrycznym pozwalała na to, żeby działalności związkowej w sekcji informacji Komisji Zakładowej poświęcać dużo czasu. Studiowałem więc prasę bezdebitową, do której od 1978 r. miałem dostęp, oraz komunikaty Radia Wolna Europa i w oparciu o te źródła sporządzałem opracowania, które były zamieszczane na wielkiej tablicy informacyjnej. Jak podczas Rewolucji Kulturalnej w Chinach, przed tą tablicą gromadziły się tłumy czytających.

Przed zapowiadanym strajkiem powszechnym, jako protestem przeciwko pobiciu Rulewskiego i rolników okupujących Radę Wojewódzką w Bydgoszczy, partyjni członkowie Związku otrzymali polecenie wystąpienia z niego. Po samooczyszczeniu się z partyjnych złogów Związku nastąpił okres intensywnego przejmowania dotąd zastrzeżonych dla partii strategicznych wpływów, jak wybór dyrektora szpitala, przejęcie Kasy Zapomogowo Pożyczkowej, funduszu socjalnego itp. Na przewodniczącego Komisji Zakładowej został wybrany niedoszły ksiądz, psycholog kliniczny, a jego poprzedniczka — TW „Wesoła” — awansowała na etatowego gminnego sekretarza PZPR.