Od pewnego czasu w krytykowaniu mojego zatroskania się Ukrainą bardzo ożywił się Tadeusz, mój wielokrotny współtowarzysz wypraw do ziemi naszych przodków. Szczególnie zresztą bardzo karmazynowych przodków Tadeusza, wnuka współtwórcy Endecji i przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego Obrońców Lwowa, wspierającego walkę z Ukraińcami, którzy po zakończeniu I wojny światowej próbowali odebrać Polsce ziemie od wieków do niej przynależne: Wołyń, Podole.

Tadeusz z uporem, prezentuje mnie jako „ukrainożercę”, będącego na żołdzie Putina. Podczas naszych podróży Tadeusz nie wygłaszał — poza tym, że bardzo mu się podobały Ukrainki — żadnych krytycznych uwag.

A przecież już wtedy wiedzieliśmy ichnią Dzierżawę w ruinie, nieumiejącą zadbać o cywilizowane warunki nie tyle rozwoju, co życia ich obywateli.

Od 1991 roku Ukraina nie zbudowała sprawnej służby zdrowia, systemu profilaktyki, jednolitego systemu ratownictwa, skutecznej policji i sądów, mechanizmów kontroli korupcji. A korupcja jest nadal normą w tamtejszej medycynie, policji, sądach, administracji, w wojsku — i powoduje, że życie zwykłego człowieka jest tanie. A tanie, szczególnie podczas wojny, życie oznacza krótkie życie.

Wszyscy moi tam znajomi panowie poumierali przed siedemdziesiątką, bo statystyka jest nieubłagana — mężczyźni żyją przeciętnie 57–68 lat, a kobiety ok. 70–79 lat.

A my ze szczytów długiego życia – 89 lat Tadeusza i moich 83 dyskutujemy właściwie o czym? Ja — jako działacz ruchu obywatelskiego, sprzeciwiającego się komunie, a po jej upadku organizator struktur samorządowych i politycznych, zapewniających rozwój Polski — wykazuję troskę o wprowadzanie na Ukrainie standardów demokratycznych. A Tadeusz, człowiek światowy, martwi się o to, że Ukraińcy mogą się przestać bić o tak chore państwo i cały obowiązek spadnie na NATO.