To jest wizualizacja nowego mostu we Wrocławiu, który ma za rok połączyć Niskie Łąki z Biskupinem.

Widzicie tę zatoczkę, która odchodzi od Odry w prawym dolnym rogu?
Kiedy byłem dzieckiem, to była enklawa na zdziczałej rzece, gdyż nad tą zatoczką mieściła się harcerska stanica wodna. Był tam pomost i wykoszone zejście do rzeki, do którego prowadzał mnie dziadek, aby się pokąpać (jeśli akurat nie było piany, gdyż Odra długo była po prostu ściekiem) albo popływać pontonem, który targaliśmy z domu ok. kilometr na wschód od tego miejsca.
Bulwary nadodrzańskie zmieniły się bardzo po powodzi w 1997 r. Przeprowadzono wówczas szereg inwestycji „oczyszczających” bieg rzeki, co kompletnie zmieniło ich pierwotny, dziki charakter. To był moment mojego ostatecznego pożegnania z Wrocławiem. Zniknęły bezpowrotnie miejsca mojego dzieciństwa.
Kiedy patrzę na to zdjęcie chce mi się śmiać. Widzicie te dwie niebieskie „widły” poniżej planowanego mostu? To są pylony przerzuconego przez rzekę gazociągu. Teren w ich pobliżu wygląda tu jak wykoszony trawnik. W dawnych czasach było inaczej – zarastał wysoką trawą i szuwarami. Ten rurociąg, na który wcale nie było tak łatwo wejść, był jedynym połączeniem między Biskupinem a południowym Wrocławiem na dość długim odcinku między Wyspą Opatowicką a Mostem Grunwaldzkim. Jako młodzieńcy, wraz kolegami, pokonywaliśmy go wiec czasem nielegalnie, gdyż przecież gazociąg nie był żadnym mostem! Trzeba było nie lada ekwilibrystyki, żeby dosięgnąć kawałka metalowej poręczy stojąc na ramionach kolegi, wciągnąć nią się na betonowy cokół a potem zwisając wciągnąć kolegę…
Więc którejś nocy, po ostrej balandze wracaliśmy z Hub na Biskupin tym gazociągiem i postanowiliśmy ze Sławojem zapalić na nim jointa. No i pech chciał, że Sławoj zaciągając się z lufki coś takiego zrobił, że zahaczył nią o swój nowiutki, dopiero co umocowany fleczer i mu ten prowizoryczny, lecz warty sporo kasy ząb wyleciał, spadając te 10 metrów niżej w mrok podmokłej, wysokiej łąki.
Nie uwierzycie. Sławoj wpierw się załamał, ale potem się uparł, że musimy zleźć z tej rury i tego zęba szukać. Godzinę mu zeszło przy mojej niewielkiej, przyznaję, pomocy, ale – ku memu największemu zdumieniu – skubany znalazł w trawie ten fleczer i ze szczęścia upił się tak bardzo, że ledwo-ledwo daliśmy radę wleźć na tę rurę ponownie!
Takie to były czasy szczęśliwe…
Nie wiem – pewno co powiem zabrzmi boomersko, bo każde pokolenie ma swój czas, ale – współczesności brakuje tej dziczy. Brakuje jej tych miejsc nieogarniętych, niedozorowanych. Brakuje tego, co umożliwiało nam łażenie po tej rurze – że nikomu do głowy nie przyszło, że można ją np. wysadzić… No nie wolno było tam łazić, ale jak kto się uparł, to wlazł i nie było to niczym „dziwnym”. Nikt nie pilnował, bo nie musiał.
Już od początku lat 90-tych zaczęło się to zmieniać. Już zakręcono wejście do jazzu. Ogrodzono przepompownię Świątniki. A ja – wówczas „młody chemik” z zapałem do substancji psychoaktwynych zacząłem dostawać telefony z niemieckim akcentem ze Zgorzelca, z pytaniami, czy może nie zechciałbym czegoś dla nich robić za pieniądze. Nie zechciałem. Taki był koniec mojego długiego dzieciństwa a może raczej już młodości…
Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.
Zostaw komentarz