Skala bezprawia w pisowskim państwie jest dla mnie szczególnie porażająca. Stykam się z nią codziennie w różnych okolicznościach, o czym mógłbym pisać godzinami.
Czasami jednak ogarnia mnie – z rozpaczy nad ludźmi, którzy dostali się w tryby tej pisowskiej machiny – pusty śmiech. Bo w tym „straszno” bywa śmieszno.
W dniu dzisiejszym uzyskałem wgląd do skargi kasacyjnej Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie w jednej z prowadzonych przeze mnie spraw. Sprawę tę Dyrektor przegrał już trzy razy (w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym, od orzeczenia którego odwołał się do Naczelnego Sądu Administracyjnego, gdzie też przegrał i musiał wydawać nową decyzję, której rónież nie udało mu się obronić w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie i znów skarży ten drugi wyrok do Naczelnego Sądu Administracyjnego) i wnosi skargę tylko po to, żeby maksymalnie opóźnić zwrot zajętych podatnikowi kwot – w tej chwili będzie tego coś w granicach 2 500 000 zł.
Problem, jaki ma Dyrektor to ten, że nie bardzo już wie co on ma biedny skarżyć. Jego pisowscy mocodawcy oczekują od niego wyników, WYNIKÓW! A biedny Dyrektor dwoi sie i troi, żeby za wszelką cenę udowodnić uczciwemu przedsiębiorcy, że jest podatkowym oszustem. Czyni to już 8 lat.
Nie wiem, czy wszyscy Państwo zdają sobie sprawę, co to znaczy 8 lat, w których organ skarbowy prowadzi egzekucję z majątku. Co to znaczy, gdy przedsiębiorca nie może uzyskać kredytu, bo ma „zaległość podatkową”, której jednak organ przed sądem nie potrafi wykazać. Kiedy nie może otrzymać świadczeń z tzw. tarczy antycovidowej, gdyż algorytm systemu identyfikuje go jako przestępcę skarbowego (z ostrożności jednak podatnik nigdy nie otrzyma uzasadnienia decyzji, dlaczego tarczy nie dostał). Kiedy wszystkie nieruchomości podatnika i cały jego majątek są zablokowane przez organy skarbowe i prokuraturę, która, chociaż postawiła podatnikowi zarzuty karne (łącznie z takimi „atrakcjami” jak zatrzymanie o 6.00 rano, przewiezienie skutego w kajdankach na drugi koniec Polski – w sytuacji, kiedy wystarczyło podatnika po prostu wezwać, bo regularnie stawiał się na każde wezwania – i nałożenia mu na kilka lat zakazu opuszczania kraju), nie kwapi się do sporządzenia aktu oskarżenia od kilku lat, a sądy nie widzą tu żadnej przewlekłości.
Mękę podatnika dopełnia prawny obraz przedawnienia zobowiazania podatkowego. Postawienie zarzutów karnych wydłuża ten okres o 5 lat. Poza tym, kiedy sprawa jest w sądzie, mamy do czynienia z tzw. spoczywaniem okresu przedawnienia. Oznacza to, ze przedawnienie nie biegnie i zaczyna biec dalej, kiedy akta sprawy zostaną zwrócone z sądu do organu prowadzącego postępowanie skarbowe. Dla podatnika może to w praktyce oznaczać, że postępowanie będzie trwać na przykład 15 lat. Albo i więcej – dlaczego nie, wyobraźnia urzędnika skarbowego jest nieograniczona. Nie każdy przedsiębiorca ma szczęście dożyć momentu, kiedy następuje ostateczne zakończenie sprawy podatkowej.
Organy skarbowe są w stanie dokonywać cudów, żeby maksymalnie wydłużyć czas trwania postępowania. Jednak to, czego dokonał Dyrektor Administracji Skarbowej w Warszawie w złożonej przez siebie kasacji w sprawie mojego Klienta jest cudotwórstwa tego arcymistrzostwem. „Chylę czoła!” – mógłbym napisać, gdyby nie to, że takie działania nie znajdują usprawiedliwienia w oczach przyzwoitych ludzi.
Co zrobił Dyrektor? Otóż zarzucił Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu w Warszawie, że ten dokonał „błędnej interpretacji wyroku”, który ten sąd wcześniej wydał!
Innymi słowy Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie – w ocenie Dyrektora Izby Administracyjnej w Warszawie – nie rozumie wyroków, które sam wydaje!!!
Pomijam już okoliczność, że błędnie interpretować to można przepis i przez to wadliwie go zastosować. Co do wyroku, to najwyżej można dokonać jego wykładni. Jest bowiem taki przepis, zgodnie z którym sąd, który wydał wyrok, rozstrzyga postanowieniem wątpliwości co do jego treści. Nigdy natomiast sąd wyroku nie „interpretuje”. Nigdy też nie orzeka na podstawie wyroku, tylko przepisu.
W tym stanie rzeczy nie wiem już czy śmiać się z intelektualnej ekwilibrystyki (chociaż żenującej, żałosnej) osoby, której nie przymioty intelektu, ale inne cechy jej charakteru (sorry Mr. Matczak) uczyniły Dyrektorem Izby Administracji Skarbowej w Warszawie, czy płakać nad losem mojego Klienta.
Dlaczego Dyrektor Izby Administracyjnej w Warszawie posuwa się do tak kuriozalnych zarzutów?
Ponieważ wie, że Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie rozpozna tę jego „skargę” za około dwóch lat. Naszemu podatnikowi „stuknie” 10 lat przygody z kontrolą. A potem Dyrektor Izby Administracji Skarbowej – jeżeli oczywiście sprawa zostanie mu zwrócona – jak najszybciej wyda kolejną, niekorzystną dla podatnika decyzję, żeby znów przedawnienie mogło „spoczywać” w instancjach sądowych. Minie kolejne 2-3 lata i ponownie powtórzy operację. Aż do momentu, kiedy przedawnienie zastanie go ze sprawą w rękach. I będzie musiał postępowanie zakończyć. My, tj. podatnicy, zapłacimy za ambicje pisowskiego Dyrektora Izby Administracji Skarbowej okrągłą, wielomilionową sumkę.
A Dyrektor? – dostanie awans. Bo nawet wtedy, kiedy ostatecznie Skarb Państwa, tak jak to było na przykład w sprawie Romana Kluski, czy JTT Computer (żeby przywołać tylko najgłośniejsze sprawy, ale ile było tych mniejszych?), zwróci podatnikowi pieniądze i należne odsetki, kiedy – być może – zapłaci mu odszkodowanie, Dyrektor nadal będzie twierdzić, że podatnik jest przestępcą, tylko nie udało mu się tego udowodnić. A panowie i panie z PiS będą potakiwać głowami.
Dlaczego PiS? – bo to ta partia mianowała Dyrektora, to ta partia, przez tyle lat nie pochyliła się nad przepisami, które od samego początku jej panowania są podstawą gnębienia podatnika. Gwoli sprawiedliwości jednak należy podkreślić, że stan tych przepisów za poprzedników, z Platformą Obywatelską na czele, był taki sam. I takie też same były nadużycia. Bo każda partia okazywała się w tej dziedzinie zbiorowiskiem tchórzy i leni, nie tylko nie wykazując chociażby najmniejszej inicjatywy zmierzajacej do zmiany tak niekorzystnych dla podatnika przepisów, ale także w tym, ze postępowania podatkowe toczyły się „formalnie” – w sądach i organach – pomimo braku merytorycznych podstaw.
Na tle poprzedników Prawo i Sprawiedliwość potrafiło się nawet jakoś korzystnie wyróżnić wprowadzajac do prawa zasadę domniemania niewinności przedsiębiorcy, która polega na tym, że organ kieruje się w swoich działaniach zasadą zaufania do przedsiębiorcy, zakładając, że działa on zgodnie z prawem, uczciwie oraz z poszanowaniem dobrych obyczajów. Ponadto w ustawie Prawo przedsiębiorców (bo o niej tu mowa) dodano przepis, zgodnie z którym niedające się usunąć wątpliwości co do stanu faktycznego organ rozstrzyga na korzyść przedsiębiorcy.
Co z tego jednak, kkiedy jest to prawo martwe? Dla urzędników jest to standard, a nie reguła. Standard adresowany do urzędnika (kształtujący jego obowiązki) to do siebie ma, że podlega luzowi interpretacyjnemu – reguła jest zwykle opatrzona jakąś sankcją za jej niestosowanie. Jednak w Polsce, kraju bez kultury prawnej, każdy standard to właściwie martwe prawo.
A więc w Polsce odpowiedzialność ponoszą tylko maluczcy. Spróbuj obywatelu jechać z telefonem przy uchu, a zobaczysz, jak surowa jest nasz władza. Spróbuj nie odśnieżyć należycie samochodu! Tutaj standard – czyli kategoria podlegająca interpretacji, zgodnie z którą pojazd uczestniczący w ruchu ma być tak zbudowany, wyposażony i utrzymany, aby korzystanie z niego:zapewniało dostateczne pole widzenia kierowcy oraz łatwe, wygodne i pewne posługiwanie się urządzeniami do kierowania, hamowania, sygnalizacji i oświetlenia drogi przy równoczesnym jej obserwowaniu – staje się jednak kosztowną dla kieszeni kierowcy regułą, jeśli jego (tj. kierowcy) interpretacja należycie odśnieżonego samochodu, kłóci się z interpretacją Policjanta!
Spróbuj także obywatelu coś przez przypadek wysadzić podarowanym Ci granatnikiem – czy znajdziesz tyle zrozumienia co Komendant Policji? Spróbuj fabrykować dowody i fałszywie oskarżać – czy będziesz miał tyle szczęścia co Mariusz Kamiński? Czy Prezydent Duda będzie chciał „zdjąć” z wymiaru sprawiedliwości brzemię Twojej sprawy? A może będziesz miał tyle szczęścia w biznesie co niejaki Morawiecki i uda ci się kupić w niezłej cenie atrakcyjną działkę? Nie wiem, jak tobie, obywatelu, ale pewni adwokaci w Warszawie nie mieli tyle szczęścia, kiedy skupowali roszczenia. Można bez końca wymieniać ile to szczęścia mają funkcjonariusze PiS w porównaniu do ciebie obywatelu!
Tolerowanie tak jawnie niesprawiedliwego prawa, gdzie urzędnik może się mylić w zasadzie w nieskończoność (i jest bezkarny) a podatnik nie ma żadnych praw jest pozostałością myślenia z czasów, kiedy byliśmy kolonią. Kiedy my się z tej postkolonialnej mentalności otrząśniemy?
No tak… Za PO nie było takich przypadków. Skarbówka działała dobrze, a nawet wspaniale. ZUS również nie ruszał przedsiębiorców i nie podważał zawartych umów, bo mu się nie podobały. Jedno, co pokazujesz takim tekstem, to totalny upadek stanu prawniczego. I nie dotyczy to jedynie sędziów i prokuratorów… Walnięci są równiec ci, którzy teoretycznie powinni nas bronić.