Jeśli jest dziś jakaś powszechna „religia” to jest nią konsumpcjonizm. Zachłanny, bezrozumny i pozostawiający po sobie góry śmiecia, które już nas zasypują. A jednym z jej „świąt” jest black firday.
Ta zmora przyszła do nas z USA, które uczyniły z konsumpcjonizmu, element stylu życia.
Pomysł marketingowców, by ludzie jeszcze więcej kupowali.
Rzeczy, które na ogół są im zbędne.
W Polsce sieciowe sklepy ze sprzętem AGD i RTV zachęcają obniżkami na kolejne produkty przy jednorazowym zakupie.
Czwarty, nawet w cenie niższej o 70, 80 proc.
Identycznie robią sklepy internetowe.
No, dobra.
Ale po cholerę mi kolejny telewizor, pralka, lodówka itd. skoro te, które mam są jeszcze dobre i posłużą spokojnie parę lat?
Usłużny marketingowiec podpowiada.
Byś nie czuł się gorszy od sąsiadów, znajomych posiadających nowsze modele.
Byś odczuł ten chwilowy wyrzut endorfin gdy jedziesz samochodem do domu, załadowanym pod dach furą nowych rzeczy.
Stosując przy tym wielorakie techniki manipulacji.
No i odnosi to często skutek.
Łykasz kluski, jak gęś tuczona na św. Marcina i tyjesz, tyjesz od rzeczy, które nie mieszczą się już w szafach, pokojach.
I które, za chwilę wywalisz, by za rok, znów dać się uwieść marketingowym „prorokom” , albo Cleo walącej cię młotem Thora po łbie.
I rzecz zabawna, celebryci oraz politycy, nawołujący do zrównoważonego stylu życia, do dbania o środowisko, sami opływają w najnowszej generacji samochody, telewizory, lodówki, termomixy i kupę innego badziewia.
Można powiedzieć, taki mamy świat i się go nie da zmienić.
Może i nie da, ale nie dziwmy się jeśli za trzydzieści lat pęczek marchwi będzie kosztować sto złotych, kilogram truskawek, trzysta, a z butelkę wody trzeba będzie zapłacić pięćdziesiąt.
Dlaczego?
Bo na ziemi, którą tak zapaskudziliśmy już nic nie będzie dało się uprawiać, a jeśli nawet, to koszty produkcji będą tak wysokie, że pęczek rzodkiewki będzie towarem luksusowym.
Zostaw komentarz