Fascynujące są dziś media w Polsce. Wystarczy, że pojawi się Krzysztof Rutkowski, założy ciemne okulary, zrobi poważną minę i rzuci kilka sensacyjnych zdań, a część redakcji natychmiast zaczyna budować atmosferę niemal międzynarodowej obławy.
„Romanowski uciekł z Węgier”, „jest w Bukareszcie”, „mieszkanie opuszczone”, „nowy najemca”, „zawstydzę polskie służby”. Brzmi niemal jak scenariusz serialu klasy B. Problem polega na tym, że Rutkowski nie jest żadnym detektywem.
To nie jest opinia. To są fakty potwierdzane od lat przez media i MSWiA. Licencja detektywistyczna Rutkowskiego została najpierw zawieszona, a następnie cofnięta.Sam Rutkowski przyznawał publicznie, że osobiście licencji nie posiada.
Mało tego. Rzeczniczka MSWiA mówiła wprost, że jego biuro nie posiadało wpisu do rejestru działalności regulowanej w zakresie usług detektywistycznych. Zgodnie z prawem osoba bez licencji nie ma prawa wykonywać czynności detektywistycznych ani używać zawodowego tytułu detektywa.
I teraz dochodzimy do momentu naprawdę komicznego. Człowiek, którego prawdziwi licencjonowani detektywi od dawna traktują bardziej jako celebrytę niż przedstawiciela zawodu, opowiada mediom o tajnych lokalizacjach, międzynarodowych tropach i kompromitowaniu służb państwowych. A media podają to dalej niemal bezrefleksyjnie, jakby właśnie przemawiał były szef Interpolu.
To pokazuje szerszy problem współczesnych mediów. Nie liczy się już wiarygodność, formalne kompetencje czy dokumenty. Liczy się widowisko, klikalność i sensacja. Im bardziej teatralnie, tym lepiej.
A później część opinii publicznej naprawdę zaczyna wierzyć, że Polska ma własnego Sherlocka Holmesa. Problem w tym, że Sherlock Holmes był fikcją literacką, a tutaj mamy do czynienia raczej z medialnym showmanem, którego legenda została napompowana przez tabloidy i telewizję.

Zostaw komentarz