To nie jest już Polska wolnych ludzi gdy władza działa przeciw obywatelom. To jest dyktatura elit.

III Rzeczpospolita od samego początku nie była państwem odbudowanym na prawdzie, sprawiedliwości i zerwaniu z komunizmem, lecz konstrukcją polityczną zrodzoną z układu zawartego ponad głowami obywateli. Okrągły Stół nie był aktem narodowego pojednania, lecz cynicznym kontraktem między komunistycznym aparatem władzy a wąską grupą wyselekcjonowanej opozycji, która w zamian za dostęp do mediów, wpływów i przyszłej władzy zgodziła się na jedno: brak rozliczeń. Fundamentem nowego państwa nie była suwerenność, lecz milczenie, a jego prawdziwą konstytucją stała się zasada wzajemnej nietykalności.

Afera FOZZ była nie wypadkiem przy pracy, lecz finansowym kręgosłupem tego systemu. Setki milionów dolarów wyprowadzane z państwowych pieniędzy nie mogły znikać bez politycznego i służbowego parasola. Grzegorz Żemek i Janina Chim byli tylko wykonawcami, trybikami w większej machinie, której nikt nie chciał zatrzymać, bo z jej pieniędzy korzystały różne środowiska rodzącej się III RP. Te środki nie tylko zasilały prywatne konta, lecz budowały nowe elity, nowe media i nowe zaplecza polityczne. Dlatego właśnie FOZZ nigdy nie został do końca wyjaśniony, a państwo od początku funkcjonowało w logice wspólnej winy i wzajemnego szantażu.

Symbolem tej patologii był prezydent III RP, Lech Wałęsa, którego agenturalna przeszłość nie jest dziś kwestią opinii, lecz udokumentowanym faktem potwierdzonym przez materiały IPN i ekspertyzy grafologiczne. Państwo, którego głowa była podatna na presję archiwów i teczek, nie mogło być państwem suwerennym. To otworzyło drogę do trwałych wpływów dawnych służb, do nietykalności ludzi aparatu i do uzależnienia kluczowych decyzji politycznych od czynników, które nigdy nie podlegały demokratycznej kontroli.

W tej samej przestrzeni wyrosła kasta samozwańczych autorytetów, skupiona wokół środowiska KOR-u. Adam Michnik, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek i ich krąg nie tylko współtworzyli porozumienia z postkomunistami, lecz narzucili społeczeństwu moralny szantaż: kto domagał się lustracji i rozliczeń, był oskarżany o „nienawiść” i „zagrożenie dla demokracji”. „Gazeta Wyborcza” stała się nie gazetą, lecz instrumentem politycznym, który przez dekady pilnował granic debaty publicznej, niszczył przeciwników systemu i bronił tych, którzy gwarantowali ciągłość układu. To nie był pluralizm. To była kontrola narracji.

Donald Tusk nie jest żadnym wypadkiem przy pracy ani historycznym błędem. Jest logicznym produktem tego systemu i jego najsprawniejszym wykonawcą. Wypromowany przez te same media, akceptowany przez postkomunistyczne zaplecze, wygodny dla Berlina i Brukseli, od początku realizował politykę ograniczania realnej suwerenności państwa. Likwidacja przemysłu stoczniowego, oddawanie kompetencji instytucjom unijnym, tuszowanie afer takich jak Amber Gold – wszystko to było elementem jednego procesu: osłabiania państwa narodowego i wzmacniania władzy elit oderwanych od społecznej kontroli.

Dziś ten sam mechanizm przybrał ostrzejszą formę. Władza Tuska opiera się na podporządkowaniu prokuratury, selektywnym stosowaniu prawa, presji na media i brutalnym języku wobec obywateli, którzy nie chcą się podporządkować. To nie jest klasyczna dyktatura z czołgami na ulicach. To dyktatura proceduralna, w której instytucje istnieją, ale działają tylko wtedy, gdy służą władzy. Wolność słowa obowiązuje do momentu, gdy nie podważasz systemu. Potem stajesz się problemem, który trzeba zdławić, ośmieszyć albo zastraszyć.

III RP była i pozostaje państwem zbudowanym na nierozliczonym komunizmie, finansowych aferach, medialnym monopolu i politycznym szantażu. Donald Tusk nie zniszczył tej konstrukcji – on ją domknął. A jeśli ktoś dziś mówi, że mamy się do tego dostosować, że „tak działa demokracja”, to nie broni państwa prawa, lecz broni własnych przywilejów. Suwerenność nie jest ekstremizmem. Sprzeciw nie jest przestępstwem. A naród nie ma obowiązku klękać przed władzą, która od początku istniała po to, by nigdy nie została rozliczona.

III Rzeczpospolita nie była nigdy projektem odbudowy państwa w pełnym znaczeniu tego słowa. Była projektem zarządzania skutkami upadku systemu, a nie jego zerwania. Od samego początku opierała się na kompromisie zawartym nie z narodem, lecz z aparatem, który przez dekady niszczył Polskę. Ten kompromis miał swoją cenę: brak rozliczeń, nietykalność uprzywilejowanych środowisk, ciągłość wpływów oraz medialną i instytucjonalną ochronę nowej klasy politycznej. Państwo nie zostało oczyszczone, lecz zakonserwowane, a społeczeństwu sprzedano mit „trudnej transformacji” jako usprawiedliwienie dla grabieży, kłamstw i zdrady interesu narodowego.

W takim systemie władza nie musi być uczciwa ani kompetentna. Wystarczy, że jest lojalna wobec układu. Wystarczy, że pilnuje granic debaty, neutralizuje sprzeciw i delegitymizuje każdego, kto próbuje podważyć fundamenty tej konstrukcji. Donald Tusk nie jest tu wyjątkiem ani błędem historii. Jest konsekwencją. Jest twarzą systemu, który od lat uczył elity, że państwo to łup, prawo to narzędzie, a obywatel to problem do zarządzania. Dzisiejsza koncentracja władzy, presja na instytucje, instrumentalne używanie prawa i pogarda wobec przeciwników nie są „wypaczeniem demokracji”, lecz jej logicznym finałem w realiach III RP.

To już nie jest kwestia sympatii politycznych ani wyboru między partiami. To jest pytanie fundamentalne: czy Polska ma być państwem suwerennym, czy tylko administracyjną strukturą podporządkowaną interesom elit i zewnętrznych centrów decyzyjnych. Czy prawo ma chronić obywatela, czy władzę przed obywatelem. Czy wolność słowa ma być zasadą, czy przywilejem dla posłusznych. Każdy dzień milczenia, każdy gest konformizmu i każde „nic się nie da zrobić” wzmacnia system, który żywi się biernością i strachem.

MANIFEST

Nie zgadzamy się na państwo, które powstało na kłamstwie i trwa dzięki kłamstwu. Nie zgadzamy się na władzę, która żąda posłuszeństwa, a sama nie czuje żadnej odpowiedzialności. Nie zgadzamy się na demokrację, w której obywatel ma prawo głosować, ale nie ma prawa kwestionować fundamentów systemu. Nie zgadzamy się na prawo używane jak pałka i na instytucje, które służą nie sprawiedliwości, lecz interesom rządzących.

Nie będziemy przepraszać za sprzeciw. Nie będziemy milczeć w imię fałszywego „spokoju społecznego”, który oznacza tylko spokój elit. Nie będziemy dostosowywać się do oczekiwań władzy, która przez lata żyła z bezkarności, a dziś straszy obywateli odpowiedzialnością. Nie oddamy wolności słowa, suwerenności państwa ani prawa do prawdy w zamian za obietnicę bezpieczeństwa i stabilności, które istnieją tylko w propagandzie.

Państwo nie jest własnością rządu ani partii. Nie jest własnością mediów, fundacji ani środowisk, które same siebie mianowały autorytetami. Państwo jest wspólnym dobrem narodu, a naród nie jest poddanym. Władza ma służyć, a nie rządzić przez strach. Prawo ma chronić, a nie eliminować przeciwników. Demokracja ma oznaczać realny wybór, a nie akceptację jedynej dopuszczalnej narracji.

Ten system nie naprawi się sam, bo działa dokładnie tak, jak został zaprojektowany. Każda próba kosmetyki tylko przedłuża jego życie. Dlatego sprzeciw nie jest radykalizmem, lecz obowiązkiem. Mówienie prawdy nie jest ekstremizmem, lecz aktem suwerenności. Odmowa podporządkowania się nie jest zagrożeniem dla państwa – zagrożeniem jest władza, która boi się własnych obywateli.

Nie prosimy o zgodę.
Nie oczekujemy aprobaty.
Nie cofniemy się.

Bo Polska nie jest waszym projektem.
Polska nie jest waszym łupem.
Polska jest nasza.

Rafał Szrama 🇵🇱