Spojrzał Szarek na recenzje książkowe, które ostatnio publikował i się zawstydził. Bo nie były to rzetelne analizy, jeno zapiski zgryźliwego dziada. Wasz poczciwy felietonista zamienił się w złośliwego zoila-trolla, który nikogo nie chwalił i nic mu się nie podobało. A jak już pochwalił to tylko po to, żeby mocniej przywalić. Bił tymi bida recenzjami, jak młotkiem w dzieła uznanych pisarzy i płoszył czytelników.
A kto młotkiem wojuje, od tego wariuje – przypomniał sobie Szarek stare przysłowie i przestraszył się, że skończy, jak internetowy hejter. Dlatego postanowił, porzucić czcze krytykanctwo i zacząć pisać pozytywnie.
Nasamprzód usunął z grona znajomych najbardziej toksycznych polemistów, żeby nie kusili go do złego.
Jako pierwszą, skreślił pewną aktorkę, którą znał jeszcze z czasów końca komunizmu.
W 2013 oglądał ją w teatrze, gdzie na znak protestu pokazała gołą dupę widowni. Szarek nie pamiętał przeciwko czemu wymierzona była manifestacja, ale mu się podobała. To znaczy – podobała mu się nie sempiterna leciwej już wtedy kobiety, która niewiele pokazała, ponieważ ściągnęła majtki jeno do połowy pośladków, ale sam gest. Później kibicował artystce w bojach, jakie toczyła z obowiązującą poprawnością polityczną, teatralnym homolobby i tefałenowską telewizją. Od tamtego czasu, Szarek czytywał jej artykuły publikowane w prasie i internecie.
Jednak od momentu wygranych przez Nawrockiego wyborów, aktorka dostała na tle prezydenta istnego fiksum – dyrdum. Kwestionowała wyniki głosowania, obrażała głowę państwa oraz jego rodzinę. Z każdym kolejnym tekstem pogrążała się głębiej w jądrze ciemności i absurdu.
Ale, żeby zachować symetrię w eliminacji nienawistników Szarek, usunął również z grona znajomych syna zasłużonego, antykomunistycznego opozycjonisty. Syn wyżywał się w internecie, publikując szydercze filipiki, w których gromił premiera i jego szarą eminencję. Szarek też nie lubił Giertycha, ale monotonna młocka jaką uprawiał potomek zasłużonego opozycjonisty, była tak samo niezdrowa i nudna, jak fiksacja aktorki.
Z pewnym żalem, bo szanował ojca młodego nudziarza, felietonista pozbył się także tej znajomości.
Zadowolony z pracy, jaką wykonał wasz felietonista, nie ustawał w ćwiczeniu cnoty łagodności. Chciał kuć żelazo póki gorące, więc pełen dobrych chęci, sięgnął po jakąś lekturę do zrecenzowania.
Wybrał książkę ulubionego wydawnictwa – Czarne, zatytułowaną: “Kieszonkowa metropolia”. Tom składał się z esejów historycznych poświęconych miastu nad Brdą, autorstwa Michała Tabaczyńskiego.
Czytał Szarek szkice bydgoszczanina i bardzo chciał je pochwalić. Ale im uważniej czytał, tym szybciej gasł jego entuzjazm, a narastała złość na autora .
Pod koniec lektury recenzent tak się zdenerwował, że spasował, a jego pozytywne nastawienie szlag trafił.
Bo książka Tabaczyńskiego wpisywała się w gatunek, który uprawia, albo lepiej powiedzieć, na który choruje, wielu krajowych literatów, na czele z naszą noblistką.
Szarek zdiagnozował to schorzenie, jako: “polski ból fantomowy, po utraconym niemieckim krajobrazie kulturowym”. Książka Tabaczyńskiego zawierała wszystkie kliniczne objawy tej choroby!
Oto one: w rozdziale pt. “Miasto wybrakowane”, narrator opisywał widok z okien swojego mieszkania na bydgoskim Szwederowie. Lecz bardziej od tego co widział, interesowało i martwiło go to czego nie było. Czyli wieży monumentalnego, gotyckiego kościoła Marcina Lutra, zniszczonego przez polskich żołnierzy we wrześniu 39- go, którzy uszkodzili świątynie, „strzelając do, rzekomo, ukrytych w niej niemieckich dywersantów”.
Zwróćcie uwagę na wtrącone słówko – rzekomo!
Wszystkie eseje z tomu “Kieszonkowa metropolia” poświęcone są wybranym wydarzeniom z historii Bydgoszczy.
Ale zdziwiłby się potencjalny czytelnik, który w książce Tabaczyńskiego chciałby znaleźć coś na temat kluczowych dla zrozumienia przeszłości miasta zdarzeń, jakie rozegrały się w dniach 3 i 4 września 1939 roku, kiedy niemiecka V kolumna ostrzelała, wycofujących się z Bydgoszczy polskich żołnierzy albo informacji dotyczących akcji likwidacji dywersantów przez wojsko i Straż Obywatelską. Akcji, która została nazwana przez goebbelsowską propagandę – krwawą niedzielą.
Czytelnik nie dowiedziałby się też niczego o niemieckich represjach, jakie spadły na cywilną ludność miasta w odwecie za tzw. “krwawą niedzielę”, ponieważ autor nie napisał ani o publicznych egzekucjach na Starym Rynku, gdzie oddziały Wehrmachtu rozstrzelały Polaków, ani o zbrodniach Selbstschutzu w fordońskiej “Dolinie Śmierci”, w której zamordowano tysiące mieszkańców grodu nad Brdą.
Za to opisał dokładnie z uwzględnieniem statystyki i z drastycznymi szczegółami polskie obozy koncentracyjne w Potulicach i Zimnych Wodach, założone dla ludności niemieckiej wysiedlanej z Bydgoszczy i okolic. Rozpisał się na ten temat szeroko w eseju pt.- “Miasto mściwe”
W rozdziale zatytułowanym “Miasto nienawistne” przedstawił przedwojenny lokalny antysemityzm, a w eseju pt. “Miasto pamiętliwe” przekonywał, że pomnik pamięci ofiar niemieckiej Zbrodni Bydgoskiej usytuowany na Starym Rynku, ma w rzeczywistości przedstawiać bohaterów warszawskiego getta!
Ale tego było Szarkowi za wiele! Pozytywne nastawienie diabli wzięli, a recenzję z książki Tabaczyńskiego zatytułował złośliwie: “Bydgoszcz – historia z dziurami w kieszeniach”.
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz